"– Przede wszystkim chciałabym sobie kupić pianino. – Ależ, Pippi – zdziwił się Tommy – przecież nie umiesz grać na pianinie! – Skąd mogę to wiedzieć, skoro nigdy nie próbowałam? – odparła Pippi."
Astrid Lindgren <3
Dzień dobry w kolejny wakacyjny dzień. Widocznie zbyt krótko jestem w branży nauczycielskiej, by irytować się na słowo: "wakacje" zamiast "urlop". I dobrze, "wakacje" kojarzą mi się z odpoczynkiem. "Urlop" z remontem, z którym zresztą też się męczę w te piękne, upalne dni. Jest dużo zamieszania i brudu, ale ponieważ "oczekiwanie przyjemności też jest przyjemnością", cieszę się na przyszłość i już wyobrażam sobie, jak wymarzony pokoik dla maluszka będzie wyglądał.
W ostatnim czasie trochę rzadko tu bywałam, ale, ale... przecież każdy to wie, a jak nie wie, to się dowie - nic straconego - że ostatnie dwa tygodnie roku szkolnego są luźne jedynie dla dzieci, bo dla nauczycieli już nie.
Ponadto w międzyczasie rozpoczął się Mundial. Stety - niestety, Polacy wrócili do domu po trzech meczach i jedyne, co mogę na ten temat powiedzieć to to, że za bardzo rozdmuchano całą otoczkę wokół drużyny i trenera. Po dwunastu latach udało się dostać na MŚ, a tu zamiast zwyczajnie się cieszyć tym faktem, zaczęto pisać, że na pewno wyjdziemy z grupy, bo jakże by inaczej, a jak już nam się to uda, to oczywistą oczywistością będzie pierwsze miejsce. Dzielenie skóry na nieupolowanym niedźwiedziu nigdy jednak nie kończy się dobrze. Niestety. Nikt nie krzyczał przegraliŚMY, bo przegrali oni. Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą.
Podczas mojej nieobecności tutaj mi się też przeczytać cztery książki, nie licząc oczywiście książek dla dzieci.
Pierwszą z nich jest "Wolałbym żyć" T. Cohena (nie Cobena). Niewielka objętościowo pozycja wciąga od pierwszej strony. Dwudziestoletni Jeremiasz popełnia samobójtwo, a raczej próbuje to zrobić. Po "przebudzeniu" cierpi na dziwny rodzaj amnezji, która pojawia się w dzień jego urodzin i niedoszłej śmierci. Mężczyzna ma świadomość tylko tego jednego dnia. Dowiaduje się wtedy, że życie, które prowadzi, nie ma nic wspólnego z tym, które wolałby mieć.
Magiczna historia z ciekawym przesłaniem. Trzyma w napięciu do ostatniej strony, bo niemal przez całą opowiastkę zastanawiamy się, co wydarzy się dalej.
Kolejną pozycją, z którą zapoznałam się w czerwcu, jest opowieść o bliźniaczkach, które przeżyły w Auschwitz. Eva Mozes Kor w książce "Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele" opisuje, jak wyglądało życie jej i jej siostry w obozie zagłady. Poruszające świadectwo dziewczynek, które w wieku dziesięciu lat zostały pozostawione same sobie i musiały zawalczyć. Przede wszystkim o przetrwanie. Mimo że niemal otarły się o śmierć, udało im się przeżyć. Historia wzrusza, a szczególnie uderzające jest zestawienie dziecięcej logiki, zabaw i wspólnego przekomarzania się wśród wszechobecnej śmierci, panującej w obozie. Na szczęście przeżyły i choć nie udało im się odzyskać rodziców, życie toczyło się dalej. Miriam zmarła w 1993, a Eva, choć już jest schorowaną staruszką, nadal chętnie uczestniczy w życiu publicznym i dba o zachowanie pamięci o historii. Opowieść uczy nas, że upór i chęć życia pomagają przetrwać nawet najgorsze momenty.
Zachwyciła mnie również mała pozycja "Dom z papieru" Dominqueza. Wiem, że nie powinno oceniać się książki po okładce, ale w tym przypadku ta faktycznie była piękna, wręcz magiczna. Miałam ochotę zagłębić się w świat przedstawiony tej książeczki, nie spodziewając się jeszcze, że jest to autotematyczna opowieść. Jest to książka, skierowana do bibliofilów. To, co mnie w niej urzekło, to przede wszystkim język, smakowity i wyrafinowany. Nieco poetycki, smutkiem podszyty, ale przede wszystkim magiczny. Mniam <3 Lektura w sam raz na dwie godziny, więc nie zajmuje dużo czasu.
Zawiodłam się natomiast na "Kredziarzu" C.J. Tudor. Nie mówię w żadnym wypadku, że książka była zła. Była to dobra opowieść obyczajowa o dzieciach, które są świadkami strasznych wydarzeń. Autorka nie boi się mocnych tematów, takich jak aborcja i walka z nią, molestowanie seksualne, czy choroby psychiczne. Doświadczenia z dzieciństwa odcisnęły nieuleczalne piętno na grupie dwunastoletnich przyjaciół. Gdy dorośli nie mogli ułożyć sobie życia, a co gorsze, dociera do nich, że gra sprzed lat wcale się nie skończyła. Postaci w większości są świetnie wykreowane.
Niestety... zabrakło mi dreszczyku emocji, jakiego spodziewałam się po opisie. Nie ma mrożącej krew w żyłach historii. Dość szybko można się domyślić, kto jest odpowiedzialny za zbrodnie, bo - o ile większość bohaterów jest wielowymiarowych - o tyle czarny charakter jest po prostu czarny. Nie ma w nic sympatycznego, a szkoda.
Ponadto znacznie lepiej czytało mi się historię młodych bohaterów niż poznawało ich losy w przyszłości. Może dlatego, że jako dorośli nie byli już tak fascynujący.
Mimo niezgodności towaru z opisem czytało się zaskakująco lekko.
I to by było na tyle.
Pozdrawiam,
trochę kibicka, trochę czytelniczka, trochę urlopowiczka,
starająca się łapać słońce,
czego i Wam życzę.
Źródła graf: I Internet, i osobiste szpargały ;)
czwartek, 5 lipca 2018
środa, 9 maja 2018
Dlaczego Łęcka dziwką nie była? W obronie Izabeli.
"Matura, matura, Broniewski, Stachura"
i oczywiście "Lalka",
która pojawia się w arkuszach tak często, że wszyscy się przyzwyczaili.
Tymczasem nieszablonowy tekst na temat Beluni i niesprawiedliwych ocen na jej temat.
Izabela Łęcka do najmilszych istot nie należała. Ot, rozkapryszona dziewczynka z bogatego domu, wychowana przez tatusia na laleczkę. W XX/XXI pewnie wyglądałaby jak gwiazda amerykańskiego liceum. Najlepsza partia w szkole. Rozumiecie, o co chodzi. Takie modne i popularne pannice, które stoją wysoko w rankingu...
Mniej więcej jak Cher ze "Słodkich zmartwień":

Izabela była kobietą, która - mimo wysokiego pochodzenia - za bardzo o sobie decydować nie mogła. Ot, produkt swojej klasy i epoki, w jakiej przyszło jej żyć. Nie była jednak dziwką, a jej jedyne doświadczenie erotyczne wiązały się z fantazjami na temat posągu i włoskiego muzyka. Marianna, którą Wokulski wybawił z niemoralnego procederu, pewnie wiedziała dużo więcej.
Cóż, XIX wiek nie był zbyt łatwy dla kobiet. Zbyt dużego wyboru te nasze przodkinie nie miały. Albo zakon, albo mąż (najlepiej dobrze ustawiony), albo burdel, teatr i kabaretki. Część kobiet chodziło już do pracy, ale Izabeli nikt nie nauczył przedsiębiorczości. Nigdy nie musiała się o nic starać. W końcu była arystokratką. W takiej rodzinie się urodziła i naprawdę, mało kogo obchodziło jej wnętrze. Fragmenty, które opisują pannę Ł., ukazują przerażoną (wciąż) dziewczynkę, która ma świadomość, że nadchodzi kres pewnej epoki. Pracować nikt jej nie nauczył, życia też nie znała, bo to, które prowadziła, zamknięte było w szklanej bańce.
Izabela była ładna i wiedziała o tym. Większość Amerykanek postępuje i to jest źródłem ich sukcesu, ale w przypadku Polki tak łatwo już nie było. Gdzie pannie Łęckiej do czarnych sukien i ubolewania nad klęską powstania? Gdzie jej do pani Stawskiej, poważnej i równie ładnej, w której potajemnie kochał się Rzecki (poza wynurzeniami o Napoleonie)? Ot, ładna buzia, inteligencja, ale nieżyciowa zupełnie i ucieczka w świat wyobrażeń, bo tylko tam mogła być sobą.
Dlaczego Iza Staśka nie chciała? Czemu wykazała się takim okrucieństwem, że odrzuciła jego względy, bo przecież "on chciał dobrze i miał sklep, i serce dał jak ciepły chleb"? Dla tych, którzy psy wieszają na biednej arystokratce, mam krótką odpowiedź: bo go zwyczajnie nie kochała. Rozumiem ból czterech części ciała mężczyzn, którzy utknęli w friendzonie i narzekają, że kobiety są okrutne, złe i podłe, ale... sprawa jest banalna. Nie da się nikogo zmusić do miłości. Nie. Stanisław nie pokochał Heleny, Hopferówny i Minclowej, którą zresztą poślubił dla majątku (!).
Tak, tak, Wokulski nie był taki krzyształowy w relacjach damsko - męskich i miał do tego prawo. W końcu był mężczyzną. Izabela, co do której nie ma dowodu, że jakiemukolwiek adoratorowi dała coś więcej niż rękę na powitanie, została okrzyknięta dziwką, bo "bawiła się" głównym bohaterem.
Cóż, Izabela może i by wyszła za mąż za Wokulskiego. W końcu nie była już najmłodsza, więc musiała podjąć jakąś decyzję, co do swojej przyszłości. Wyjście za mąż jawi się tu jako najprostsze rozwiązanie. Zło konieczne. Stanisław jednak nie tylko chce poślubić Łęcką. Chce zmusić ją do miłości i narzuca jej się swoją obecnością. Marzy, by widziała tylko jak jego. Była dla niego boginią i tego samego oczekiwał od niej. Niestety, miłość to nie towar i nawet najlepszy kupiec może mieć problem z jej nabyciem.
Cóż, Stanisław... zachowuje się jak typowy facet w okresie kryzysu wieku średniego, który zobaczył młodą dziewczynę i postanowił ją zdobyć, nie patrząc na opinie i rady przyjaciół. Wszyscy mówili mu, że brnie w coś, co nie ma sensu, a on się uparł i jeszcze samobójstwo chciał popełniać przez swoje niespełnione oczekiwania. Brrrr....
Dziś pewnie zainstalowałby Tindera i zobaczyłby, że dziewczyn o wyglądzie Izabeli i znacznie mniejszych oporach jest znacznie więcej. Może nawet, by zamoczył i przestał tworzyć w głowie problemy egzystencjalne.
Koniec i bomba, kto czytał ten trąba,
a w "Lalce" i tak najlepszy był Ochocki <3 i oczywiście studenci. "Po całych nocą ryczą, pieją, tupią, gwiżdżą… Nie ma służącej w domu, której by nie zwabiali do siebie…" - mówiła o nich baronowa Krzeszowska, co oznacza, że szaleństwo trwało,
a zabawa bywała przednia. Czego obecnym maturzystom życzę, niezależnie od wyboru kierunku studiów. :)
i oczywiście "Lalka",
która pojawia się w arkuszach tak często, że wszyscy się przyzwyczaili.
Tymczasem nieszablonowy tekst na temat Beluni i niesprawiedliwych ocen na jej temat.
Izabela Łęcka do najmilszych istot nie należała. Ot, rozkapryszona dziewczynka z bogatego domu, wychowana przez tatusia na laleczkę. W XX/XXI pewnie wyglądałaby jak gwiazda amerykańskiego liceum. Najlepsza partia w szkole. Rozumiecie, o co chodzi. Takie modne i popularne pannice, które stoją wysoko w rankingu...
Mniej więcej jak Cher ze "Słodkich zmartwień":

Izabela była kobietą, która - mimo wysokiego pochodzenia - za bardzo o sobie decydować nie mogła. Ot, produkt swojej klasy i epoki, w jakiej przyszło jej żyć. Nie była jednak dziwką, a jej jedyne doświadczenie erotyczne wiązały się z fantazjami na temat posągu i włoskiego muzyka. Marianna, którą Wokulski wybawił z niemoralnego procederu, pewnie wiedziała dużo więcej.
Cóż, XIX wiek nie był zbyt łatwy dla kobiet. Zbyt dużego wyboru te nasze przodkinie nie miały. Albo zakon, albo mąż (najlepiej dobrze ustawiony), albo burdel, teatr i kabaretki. Część kobiet chodziło już do pracy, ale Izabeli nikt nie nauczył przedsiębiorczości. Nigdy nie musiała się o nic starać. W końcu była arystokratką. W takiej rodzinie się urodziła i naprawdę, mało kogo obchodziło jej wnętrze. Fragmenty, które opisują pannę Ł., ukazują przerażoną (wciąż) dziewczynkę, która ma świadomość, że nadchodzi kres pewnej epoki. Pracować nikt jej nie nauczył, życia też nie znała, bo to, które prowadziła, zamknięte było w szklanej bańce.
Izabela była ładna i wiedziała o tym. Większość Amerykanek postępuje i to jest źródłem ich sukcesu, ale w przypadku Polki tak łatwo już nie było. Gdzie pannie Łęckiej do czarnych sukien i ubolewania nad klęską powstania? Gdzie jej do pani Stawskiej, poważnej i równie ładnej, w której potajemnie kochał się Rzecki (poza wynurzeniami o Napoleonie)? Ot, ładna buzia, inteligencja, ale nieżyciowa zupełnie i ucieczka w świat wyobrażeń, bo tylko tam mogła być sobą.
Dlaczego Iza Staśka nie chciała? Czemu wykazała się takim okrucieństwem, że odrzuciła jego względy, bo przecież "on chciał dobrze i miał sklep, i serce dał jak ciepły chleb"? Dla tych, którzy psy wieszają na biednej arystokratce, mam krótką odpowiedź: bo go zwyczajnie nie kochała. Rozumiem ból czterech części ciała mężczyzn, którzy utknęli w friendzonie i narzekają, że kobiety są okrutne, złe i podłe, ale... sprawa jest banalna. Nie da się nikogo zmusić do miłości. Nie. Stanisław nie pokochał Heleny, Hopferówny i Minclowej, którą zresztą poślubił dla majątku (!).
Tak, tak, Wokulski nie był taki krzyształowy w relacjach damsko - męskich i miał do tego prawo. W końcu był mężczyzną. Izabela, co do której nie ma dowodu, że jakiemukolwiek adoratorowi dała coś więcej niż rękę na powitanie, została okrzyknięta dziwką, bo "bawiła się" głównym bohaterem.
Cóż, Izabela może i by wyszła za mąż za Wokulskiego. W końcu nie była już najmłodsza, więc musiała podjąć jakąś decyzję, co do swojej przyszłości. Wyjście za mąż jawi się tu jako najprostsze rozwiązanie. Zło konieczne. Stanisław jednak nie tylko chce poślubić Łęcką. Chce zmusić ją do miłości i narzuca jej się swoją obecnością. Marzy, by widziała tylko jak jego. Była dla niego boginią i tego samego oczekiwał od niej. Niestety, miłość to nie towar i nawet najlepszy kupiec może mieć problem z jej nabyciem.
Cóż, Stanisław... zachowuje się jak typowy facet w okresie kryzysu wieku średniego, który zobaczył młodą dziewczynę i postanowił ją zdobyć, nie patrząc na opinie i rady przyjaciół. Wszyscy mówili mu, że brnie w coś, co nie ma sensu, a on się uparł i jeszcze samobójstwo chciał popełniać przez swoje niespełnione oczekiwania. Brrrr....
Dziś pewnie zainstalowałby Tindera i zobaczyłby, że dziewczyn o wyglądzie Izabeli i znacznie mniejszych oporach jest znacznie więcej. Może nawet, by zamoczył i przestał tworzyć w głowie problemy egzystencjalne.
Koniec i bomba, kto czytał ten trąba,
a w "Lalce" i tak najlepszy był Ochocki <3 i oczywiście studenci. "Po całych nocą ryczą, pieją, tupią, gwiżdżą… Nie ma służącej w domu, której by nie zwabiali do siebie…" - mówiła o nich baronowa Krzeszowska, co oznacza, że szaleństwo trwało,
a zabawa bywała przednia. Czego obecnym maturzystom życzę, niezależnie od wyboru kierunku studiów. :)
wtorek, 8 maja 2018
Pokolenie pokeballi.
Gdy miałam lat dziesięć, może dziesięć i pół obcięłam moje długie włosy i symbolicznie zakończyłam dzieciństwo. Warkocz do pasa zmienił się w krótkiego boba a'la paź z nierówną grzywką, pasującego do małego sowizdrzała.
Biegałam, łaziłam po drzewach, strzelałam z procy balonikami napełnionymi wodą, biłam się na drewniane miecze i taaa, chyba chciałam być chłopcem, ale nie tak do końca, bo chłopcy podobali mi się bardziej niż dziewczynki. It's complicated.
Gdy miałam te nieszczęsne dziesięć lat, modne było zbieranie pokemonów. By móc upolować te urocze stworki, kupowaliśmy chipsy. Tam znajdowały się tazosy. Ach, ileż to opakowań trzeba było wymacać, by znaleźć Pika Pika Pikachu, to nawet największy Alvaro nie pogardziłby, choć to nie kobieca część ciała.

Później mijały lata.
Pokemony przestały oznaczać stworki z anime. To smutne, bo zamiast pikachu widzieliśmy niezbyt atrakcyjną, ale "zrobioną" laskę, która formowała usta w dzióbek i pisała, że tEsH loFFcia FszYstkiCH, bu$$$ 4all!
Pokemony przestały oznaczać stworki z anime. To smutne, bo zamiast pikachu widzieliśmy niezbyt atrakcyjną, ale "zrobioną" laskę, która formowała usta w dzióbek i pisała, że tEsH loFFcia FszYstkiCH, bu$$$ 4all!
Bez spiny, te pokemony i ich język były specyficzne, ale i zabawne.
Po latach jednak wszystko się zmieniło. Ludzie odkryli Pokemon GO i pokolenie pokeballi przeszło w wirtualny świat. Wystarczył smartfon i odpowiednia apka. Zabawa trwała i choć chyba już rok minął od największej fazy na tę gierkę, uważam, że to całkiem zabawny przewrót losu.
Po latach jednak wszystko się zmieniło. Ludzie odkryli Pokemon GO i pokolenie pokeballi przeszło w wirtualny świat. Wystarczył smartfon i odpowiednia apka. Zabawa trwała i choć chyba już rok minął od największej fazy na tę gierkę, uważam, że to całkiem zabawny przewrót losu.
Gdy miałam dziesięć lat, w głowie układałam różne wizje dorosłości. Ot, wydawało mi się, że przed trzydziestką powinniśmy być ludźmi dojrzałymi, mającymi swoje rodziny, prace i eleganckie garsonki. Dodatkowo uważałam, że dobrze by było mieć czerwoną sukienkę na specjalne okazje i bmw z mocnym silnikiem, którym mogłabym szusować po piątce i przyjeżdżać w odwiedziny do mojej mamy. Oczywiście, z Poznania, bo przecież tam miałam zamieszkać.
Wielu rzeczy nie przewidziałam. Smartfonów, tabletów i samochodu Google, choć wtedy jedyną dodatkową funkcją komórki, poza sms-ami i dzwonieniem, była gra w węża.
Gdy miałam dziesięć lat, uważałam, że fajnie byłoby wybrać się w podróż i łapać pokemony, a gdy przyszło, co do czego i miałam taką możliwość z aplikacją, nawet jej nie zainstalowałam. Wyrosłam z tego.
Dobrej nocy czytającym
i spokojnych snów.
i spokojnych snów.
Realizujcie marzenia, a gdy z nich wyrośniecie, szukajcie nowych. Może i ciekawszych. Kto tam zgadnie, jak się potoczy nasze życie. Na pewno nie my, a Bóg... cóż, śmieje się z naszych planów, parafrazując Woody'ego Allena.
wtorek, 1 maja 2018
Wnioskuj, jak ja mówię po polsku.
Weekend majowy.
W radiu usłyszałam, że po wzięciu kilku dni urlopu możemy cieszyć się dziewięcioma dniami wolnymi pod rząd. POD RZĄD. To był przekonyWUjący argument, będący w cudzysłowiU faktem autentycznym i skłonił mnie do refleksji nad językiem. Ojczystym, a jednak sprawiającym wiele trudności, także osobom, które teoretycznie powinny świecić przykładem, a świecą jedynie oczami.

1. Pod rząd.
Stwierdzenie to oczywiście jest błędne, chyba że pod rząd (a raczej jego budynek) idziemy protestować. Według wzorcowej normy powinno mówić się: "z rzędu". Hasło: "pod rząd" jest rusycyzmem, cyka blyat.
2. Przekonywujący.
Słowo "przekonywujący" nie oznacza, że coś staje się bardziej przekonujące. Jest po prostu błędne.
2. Fakt autentyczny.
Typowy przykład pleonazmu. Fakt to najbardziej uparta rzecz pod słońcem, czyli coś, co się wydarzyło i zaistniało. Słowo autentyczne oznacza praktycznie to samo. Można mówić o zdarzeniach autentycznych, bo te, w przeciwieństwie do faktów, mogły być zupełnie fikcyjne.
Pleonazmem jest również cofanie się do tyłu, bo do przodu cofać się nie można.
3. Poddawać w wątpliwość.
Słownik nie podaje w wątpliwość tego, że podawanie w wątpliwość jest niepoprawnym sformułowaniem.
4. Poszłem.
Mówisz "poszłem"? Jesteś taki kobiecy. Wiem, że niektórzy mężczyźni babieją, ale to nie powód, by mówić niepoprawnie. Językoznawcy nadal uznają jedynie formę "poszedłem".
5. W każdym bądź razie.
Zbitka "w każdym razie" z "bądź co bądź". Niestety, nadal nie jest poprawna, choć często używana w języku potocznym. Nawet przez wykształconych ludzi.
6. Bynajmniej.
"Bynajmniej"bynajmniej nie zawsze jest błędem. Jest nim, gdy używamy zamiennie do "chociaż".
7. WziąŚć.
WziąĆ. Nie możesz zapamiętać, przesłuchaj utworu Poparzeni Kawą Trzy - Wezmę cię. On będzie rozmyślał wciąż, kiedy ją będzie mógł znowu wziąć, a ty utrwalisz wymowę. Nie musisz dziękować.
8. Napewno i na prawdę.
Naprawdę na pewno piszemy razem,
na pewno naprawdę piszemy oddzielnie.
9. 13 grudzień w miesiącu wrześniu.
Pomijając fakt, że to, co napisałam pozbawione jest logicznego sensu, mówimy "13 grudnia", ponieważ nazwy miesiąców się odmieniają. Taka niespodzianka. Co do "miesiąca września", wystarczy powiedzieć "we wrześniu". Logiczne, że jest to miesiąc, więc po przedłużać swoją wypowiedź?
10. Tu pisze.
Gdy nie znamy podmiotu, mówimy "tu jest napisane" albo "tu napisano". "Tu pisze" jest natomiast dopuszczalne, np. kiedy pytamy grafficiarza: "Czemu pan tu pisze?", albo, gdy cytujemy list od babci: "Tu pisze, że nie przyjedzie".
Nie mówię, że jestem nieomylna. Sama czasem łapię się na tym, że popełniam błędy, choć od razu staram się poprawiać lapsusy. Errare humanum est, sed id errare perseverare diabolicum, cytując Senekę.
Udanego weekendu majowego,
bo nawet - jeśli - w weekendy popełnia się błędy, każdy poniedziałek jest czystą kartą. <3
Grafika: net.
W radiu usłyszałam, że po wzięciu kilku dni urlopu możemy cieszyć się dziewięcioma dniami wolnymi pod rząd. POD RZĄD. To był przekonyWUjący argument, będący w cudzysłowiU faktem autentycznym i skłonił mnie do refleksji nad językiem. Ojczystym, a jednak sprawiającym wiele trudności, także osobom, które teoretycznie powinny świecić przykładem, a świecą jedynie oczami.

1. Pod rząd.
Stwierdzenie to oczywiście jest błędne, chyba że pod rząd (a raczej jego budynek) idziemy protestować. Według wzorcowej normy powinno mówić się: "z rzędu". Hasło: "pod rząd" jest rusycyzmem, cyka blyat.
2. Przekonywujący.
Słowo "przekonywujący" nie oznacza, że coś staje się bardziej przekonujące. Jest po prostu błędne.
2. Fakt autentyczny.
Typowy przykład pleonazmu. Fakt to najbardziej uparta rzecz pod słońcem, czyli coś, co się wydarzyło i zaistniało. Słowo autentyczne oznacza praktycznie to samo. Można mówić o zdarzeniach autentycznych, bo te, w przeciwieństwie do faktów, mogły być zupełnie fikcyjne.
Pleonazmem jest również cofanie się do tyłu, bo do przodu cofać się nie można.
3. Poddawać w wątpliwość.
Słownik nie podaje w wątpliwość tego, że podawanie w wątpliwość jest niepoprawnym sformułowaniem.
4. Poszłem.
Mówisz "poszłem"? Jesteś taki kobiecy. Wiem, że niektórzy mężczyźni babieją, ale to nie powód, by mówić niepoprawnie. Językoznawcy nadal uznają jedynie formę "poszedłem".
5. W każdym bądź razie.
Zbitka "w każdym razie" z "bądź co bądź". Niestety, nadal nie jest poprawna, choć często używana w języku potocznym. Nawet przez wykształconych ludzi.
6. Bynajmniej.
"Bynajmniej"bynajmniej nie zawsze jest błędem. Jest nim, gdy używamy zamiennie do "chociaż".
7. WziąŚć.
WziąĆ. Nie możesz zapamiętać, przesłuchaj utworu Poparzeni Kawą Trzy - Wezmę cię. On będzie rozmyślał wciąż, kiedy ją będzie mógł znowu wziąć, a ty utrwalisz wymowę. Nie musisz dziękować.
8. Napewno i na prawdę.
Naprawdę na pewno piszemy razem,
na pewno naprawdę piszemy oddzielnie.
9. 13 grudzień w miesiącu wrześniu.
Pomijając fakt, że to, co napisałam pozbawione jest logicznego sensu, mówimy "13 grudnia", ponieważ nazwy miesiąców się odmieniają. Taka niespodzianka. Co do "miesiąca września", wystarczy powiedzieć "we wrześniu". Logiczne, że jest to miesiąc, więc po przedłużać swoją wypowiedź?
10. Tu pisze.
Gdy nie znamy podmiotu, mówimy "tu jest napisane" albo "tu napisano". "Tu pisze" jest natomiast dopuszczalne, np. kiedy pytamy grafficiarza: "Czemu pan tu pisze?", albo, gdy cytujemy list od babci: "Tu pisze, że nie przyjedzie".
Nie mówię, że jestem nieomylna. Sama czasem łapię się na tym, że popełniam błędy, choć od razu staram się poprawiać lapsusy. Errare humanum est, sed id errare perseverare diabolicum, cytując Senekę.
Udanego weekendu majowego,
bo nawet - jeśli - w weekendy popełnia się błędy, każdy poniedziałek jest czystą kartą. <3
Grafika: net.
środa, 25 kwietnia 2018
W poszukaniu szczęścia
Poszukanie szczęścia i systematyczne dążenie do niego jest według niektórych sensem egzystencji. Współcześnie bardzo często słyszymy, że możemy być tym, kim chcemy. Osiągnąć to, co sobie zamierzymy i zaplanujemy. Ograniczenia tkwią tylko w naszej głowie. Jeśli mamy kiepskie podejście to, sorry Vinnetou, a się nie uda, natomiast już odrobina wiary pozwala na realizację wszystkich marzeń. To znaczy tych najmniej oryginalnych, jak czerwone Ferrari, (czekające byśmy do niego wsiedli) i pliki banknotów w rękach, którymi (częściej od biznesmenów) mogą zaszpanować listonosze.
Tymczasem odstawmy na bok gadki, którymi katują nas specjaliści od rozwoju osobistego, rozumianego jako żmudną pracę w piramidach finansowych.
Poszukiwanie szczęścia i systematyczne dążenie do niego przysparza nam jedynie frustracji. Musimy być kimś. Mieć dobrą pracę, dużo bejmów, młodą cerę i gładkie ciało. Dobrze, gdy dodatkowo spędzamy czas na siłowni i dodajemy mnóstwo fit-zdjęć na instagramie. Mamy mnóstwo followersów, nosimy modne ciuchy, a nasi przyjaciele zostawiają nam lajki na fejsbuku. Rośnie nam fejm, gardzimy hejtem, bo hejterzy są słabi i nie widzimy, że nasze szczęście to fejk. Spinamy się, by żyć idealnie, to znaczy na pokaz.
W poszukiwaniu szczęścia czasem można zabłądzić na targowisko próżności. Wrzeszczymy do lustra, że jesteśmy zadowoleni z bycia sobą i nie pozwolimy ukraść marzeń, choć tak serio te pragnienia, do których dążymy, nie są nasze. Są wykreowane przez media, którym daliśmy się zmanipulować.
Co więc trzeba zrobić, by być szczęśliwym?
Pierwszy krok to przestać uporczywie o nim myśleć.
Serio. A potem zacząć żyć.
Do sukcesu nie ma dróg na skróty. Ten, kto w to wierzy, nie dojeżdża nigdzie (co widać na rysunku powyżej).
wtorek, 17 kwietnia 2018
Kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów...
Dobry wieczór.
/dziś tekst dla pełnoletnich użytkowników. Zawiera wulgarne i obrazobórcze stwierdzenia/.
Dzieci i młodzież to są tacy i owacy, słuchają demoralizującej muzyki i w ogóle, patologiczne rzeczy poznają już w czwartej klasie, jak na przykład Sexmasterkę z "Głębokim gardłem", co brzmi jak nazwa filmu na pornhube, a jest jakimś rakowym utworem.
(Swoją drogą, produkcja "Głębokie gardło" z 1972 roku była pierwszym filmem pornograficznym, emitowanym w kinie. Co ciekawe, aktorka grająca w nim glówną rolę, po latach prowadziła kampanie przeciwko branży, w której zaczynała).
O sytuacji usłyszałam na forum. Moi podopieczni cały czas jarają się: "Miłością w Zakopanem" i Sławomirem, choć może poza moimi (i swoich rodziców) plecami włączają (s)hity, które nie mają sensu.
No, może poza tym, że pani chwali się swoim głębokim gardłem i jest lepsza od jakiegoś nieznanego artysty, którego odbiorca ma wyłączyć, bo ona ma coś lepszego.
Rozumiesz?
Ona ma coś lepszego, kotuś. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Tak, to jej cudowne głębokie gardło, które jest głębsze od tekstu; dla odmiany tak sztywnego jak to , co podmiot bierze do ust.
Owszem, można się oburzać, bo... jak to? Dzieci słuchają tekstów z podtekstem erotycznym? Sama na początku się zszokowałam, ale potem przypomniałam sobie, że w wieku niespełna jedenastu lat siedzieliśmy na schodach z walkanem i z wypiekami na twarzy słuchaliśmy: "Pocałuj mnie w d***" Karramby.
Nie sprawiło to, że wyrośliśmy na patusów.
Może niektórzy, ale wynika to z zupełnie innych powodów. Te dzieciaki, które się stoczyły, nie miały dobrych wzorców w domu. Od początku jechały po złym torze, a ich rodzice mieli gdzieś to, co robią, jakiej muzyki słuchają i z kim się spotykają.
Większość za słuchanie szłamu dostawała od rodziców opierdol. Jeśli z czymś trzeba było się kryć, podświadomie w umyśle kiełkowala informacja, że coś nie jest do końca odpowiednie dla naszych młodych umysłów.
Rozmowy nie działały natychmiast, ale kiełkowały, kwitły i sprawiały, że staliśmy się takimi ludźmi, którymi jesteśmy dziś.
Dzieciaki też wyrosną z Sexmasterki, podobnie jak z butów na rzepy i koszulek z Lewandowskim.
Za kilka lat będą się tego wstydzić i... narzekać na inne (s)hity, słuchane przez dzieci z podstawówki.
(Póki co, trzeba dzieci edukować, rozmawiać i pokazywać alternatywę, bo internet to nie tylko zło, patostreamerzy i hejt na każdym kroku, ale również wartościowe rzeczy, strony edukacyjne, książki w pdf-ach).
/dziś tekst dla pełnoletnich użytkowników. Zawiera wulgarne i obrazobórcze stwierdzenia/.
Dzieci i młodzież to są tacy i owacy, słuchają demoralizującej muzyki i w ogóle, patologiczne rzeczy poznają już w czwartej klasie, jak na przykład Sexmasterkę z "Głębokim gardłem", co brzmi jak nazwa filmu na pornhube, a jest jakimś rakowym utworem.
(Swoją drogą, produkcja "Głębokie gardło" z 1972 roku była pierwszym filmem pornograficznym, emitowanym w kinie. Co ciekawe, aktorka grająca w nim glówną rolę, po latach prowadziła kampanie przeciwko branży, w której zaczynała).
O sytuacji usłyszałam na forum. Moi podopieczni cały czas jarają się: "Miłością w Zakopanem" i Sławomirem, choć może poza moimi (i swoich rodziców) plecami włączają (s)hity, które nie mają sensu.
No, może poza tym, że pani chwali się swoim głębokim gardłem i jest lepsza od jakiegoś nieznanego artysty, którego odbiorca ma wyłączyć, bo ona ma coś lepszego.
Rozumiesz?
Ona ma coś lepszego, kotuś. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Tak, to jej cudowne głębokie gardło, które jest głębsze od tekstu; dla odmiany tak sztywnego jak to , co podmiot bierze do ust.
Owszem, można się oburzać, bo... jak to? Dzieci słuchają tekstów z podtekstem erotycznym? Sama na początku się zszokowałam, ale potem przypomniałam sobie, że w wieku niespełna jedenastu lat siedzieliśmy na schodach z walkanem i z wypiekami na twarzy słuchaliśmy: "Pocałuj mnie w d***" Karramby.
Nie sprawiło to, że wyrośliśmy na patusów.
Może niektórzy, ale wynika to z zupełnie innych powodów. Te dzieciaki, które się stoczyły, nie miały dobrych wzorców w domu. Od początku jechały po złym torze, a ich rodzice mieli gdzieś to, co robią, jakiej muzyki słuchają i z kim się spotykają.
Większość za słuchanie szłamu dostawała od rodziców opierdol. Jeśli z czymś trzeba było się kryć, podświadomie w umyśle kiełkowala informacja, że coś nie jest do końca odpowiednie dla naszych młodych umysłów.
Rozmowy nie działały natychmiast, ale kiełkowały, kwitły i sprawiały, że staliśmy się takimi ludźmi, którymi jesteśmy dziś.
Dzieciaki też wyrosną z Sexmasterki, podobnie jak z butów na rzepy i koszulek z Lewandowskim.
Za kilka lat będą się tego wstydzić i... narzekać na inne (s)hity, słuchane przez dzieci z podstawówki.
(Póki co, trzeba dzieci edukować, rozmawiać i pokazywać alternatywę, bo internet to nie tylko zło, patostreamerzy i hejt na każdym kroku, ale również wartościowe rzeczy, strony edukacyjne, książki w pdf-ach).
niedziela, 8 kwietnia 2018
Słoneczna strona życia
Sobota - dzień kota, a ja mam kota na punkcie...
Myślisz, tej, że mój weekend tak wygląda?
Masz rację, to zupełnie do mnie nie pasuje. Z kociej natury to u mnie głównie chodzenie własnymi ścieżkami i pokazywanie pazurków.:)
Co do weekendu... Sobota rozpoczęła się w pracy. Nie był to jednak standardowy dzień, ale Drzwi Otwarte, czyli stawanie na rzęsach, by pokazać przedszkolakom, że szkoła to miejsce pełne dobrej zabawy i śmiechu. Taa <3
Zaczęło się od przedstawienia, które dzieciaki przygotowały pod moim kierunkiem. Byłam ukryta za kurtyną (obsługiwałam sprzęt, włączałam muzykę w odpowiednich momentach), dlatego nie widziałam poczyniań uczniów (może i to lepiej). Na szczęście opinie przybyłych rodziców i koleżanek z pracy były pozytywne.
Oprócz tego na maluszków czekało mnóstwo atrakcji, zabaw, gier, nagród i słodkości. Urocze są te dzieciaczki, które marzą o pójściu do szkoły, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że czeka je kierat... właściwie aż do emerytury. Oby życie nie zabiło w nich tego entuzjazmu, bo i szkoła, i praca mogą przynieść satysfakcję.
Po pracy też był czas na świetną zabawę. Pojechaliśmy z Młodym do Wesołego Miasteczka i było to strzałem w dziesiątkę. I kolejka, i diabelski młyn były super, ale wygrała karuzela. Kolorowe samochodziki, kierownica i przyjemne kręcenie się w kółko, zupełnie jak na placu zabaw, a nawet lepiej. Śmiech. Bicie "brawo". Radość. Tylko "tititit" brakowało, ale nie można mieć wszystkiego.
Było super!
Kulminacją dnia był jednak mecz Lecha. Poznań czekał i my również czekaliśmy na zdobycie pierwszej, drugiej i w końcu trzeciej bramy. Ten mecz musiał być wygrany. Inaczej marzeniom o zdobyciu trofeum mistrzowskiego trzeba byłoby powiedzieć: "pa, pa". Na szczęście los nam sprzyjał.
Pomimo że mecz zaczął się dobre piętnaście minut z powodu serpentyn. Za każdym razem, gdy sędzia próbował wznowić mecz, pojawiały się one na boisku. Taka sytuacja miała miejsce na wszystkich stadionach w tej kolejce i była wyrazem sprzeciwu kiboli wobec karania za najmniejsze nawet przewinienie.
Gdy jednak mecz się rozpoczął, walka trwała. Stawka była wysoka, więc, gdy w 46 minucie padł strzał, nastąpiła euforia. Gol Jóźwiaka był p-i-ę-k-n-y! Nie oznaczało to jeszcze spokoju. Przewaga jedną bramką nie oznacza jeszcze zwycięstwa. Do przerwy prowadziliśmy. W drugiej połowie Górnik wyrównał na 1:1 w wyniku karnego.
Znów była nerwówka i dążenie do zdobycia przewagi. Po raz kolejny w najlepszym stylu pokazał się Trała. Zawodnik wbiegł w pole karne i po podaniu Majewskiego zaskoczył przeciwnika. Drugi gol uspokoił nieco sytuację i po raz kolejny przyniósł Kolejorzowi prowadzenie.
I w końcu, na deser, trzeci gol w doliczonym czasie strzelił Maja. Mały, ale szybki i zwinny zawodnik, pokazał charakter i wbił piłkę tuż przy lewym słupku. Ta sytuacja dobitnie pokazała, kto rządzi w tym meczu. Ba, w tej kolejce. Zwycięstwo przyniosło nam lidera, którego nie zamierzamy oddawać.
Po udanej sobocie przychodzi czas na niedzielę. Równie słoneczną. <3
Myślisz, tej, że mój weekend tak wygląda?
Masz rację, to zupełnie do mnie nie pasuje. Z kociej natury to u mnie głównie chodzenie własnymi ścieżkami i pokazywanie pazurków.:)
Co do weekendu... Sobota rozpoczęła się w pracy. Nie był to jednak standardowy dzień, ale Drzwi Otwarte, czyli stawanie na rzęsach, by pokazać przedszkolakom, że szkoła to miejsce pełne dobrej zabawy i śmiechu. Taa <3
Zaczęło się od przedstawienia, które dzieciaki przygotowały pod moim kierunkiem. Byłam ukryta za kurtyną (obsługiwałam sprzęt, włączałam muzykę w odpowiednich momentach), dlatego nie widziałam poczyniań uczniów (może i to lepiej). Na szczęście opinie przybyłych rodziców i koleżanek z pracy były pozytywne.
Oprócz tego na maluszków czekało mnóstwo atrakcji, zabaw, gier, nagród i słodkości. Urocze są te dzieciaczki, które marzą o pójściu do szkoły, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że czeka je kierat... właściwie aż do emerytury. Oby życie nie zabiło w nich tego entuzjazmu, bo i szkoła, i praca mogą przynieść satysfakcję.
Po pracy też był czas na świetną zabawę. Pojechaliśmy z Młodym do Wesołego Miasteczka i było to strzałem w dziesiątkę. I kolejka, i diabelski młyn były super, ale wygrała karuzela. Kolorowe samochodziki, kierownica i przyjemne kręcenie się w kółko, zupełnie jak na placu zabaw, a nawet lepiej. Śmiech. Bicie "brawo". Radość. Tylko "tititit" brakowało, ale nie można mieć wszystkiego.
Było super!
Kulminacją dnia był jednak mecz Lecha. Poznań czekał i my również czekaliśmy na zdobycie pierwszej, drugiej i w końcu trzeciej bramy. Ten mecz musiał być wygrany. Inaczej marzeniom o zdobyciu trofeum mistrzowskiego trzeba byłoby powiedzieć: "pa, pa". Na szczęście los nam sprzyjał.
Pomimo że mecz zaczął się dobre piętnaście minut z powodu serpentyn. Za każdym razem, gdy sędzia próbował wznowić mecz, pojawiały się one na boisku. Taka sytuacja miała miejsce na wszystkich stadionach w tej kolejce i była wyrazem sprzeciwu kiboli wobec karania za najmniejsze nawet przewinienie.
Gdy jednak mecz się rozpoczął, walka trwała. Stawka była wysoka, więc, gdy w 46 minucie padł strzał, nastąpiła euforia. Gol Jóźwiaka był p-i-ę-k-n-y! Nie oznaczało to jeszcze spokoju. Przewaga jedną bramką nie oznacza jeszcze zwycięstwa. Do przerwy prowadziliśmy. W drugiej połowie Górnik wyrównał na 1:1 w wyniku karnego.
Znów była nerwówka i dążenie do zdobycia przewagi. Po raz kolejny w najlepszym stylu pokazał się Trała. Zawodnik wbiegł w pole karne i po podaniu Majewskiego zaskoczył przeciwnika. Drugi gol uspokoił nieco sytuację i po raz kolejny przyniósł Kolejorzowi prowadzenie.
I w końcu, na deser, trzeci gol w doliczonym czasie strzelił Maja. Mały, ale szybki i zwinny zawodnik, pokazał charakter i wbił piłkę tuż przy lewym słupku. Ta sytuacja dobitnie pokazała, kto rządzi w tym meczu. Ba, w tej kolejce. Zwycięstwo przyniosło nam lidera, którego nie zamierzamy oddawać.
Po udanej sobocie przychodzi czas na niedzielę. Równie słoneczną. <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)





