czwartek, 17 stycznia 2019

Kolorowe pudełka. Podróż tam i z powrotem.

Padał deszcz. Krople uderzały w szybę samochodu, nie zważając na syzyfową pracę wycieraczek, które miarowo przesuwały się to w jedną, to w drugą stronę. W pojeździe było ciepło. Dwuipółletni chłopczyk spoglądał przez okno, rozglądając się, czy gdzieś przypadkiem nie pojawi się "ciuch ciuch". Nie płakał i nie marudził, mimo że podróż była długa. Materiał na idealnego podróżnika. 

Padał deszcz, ale jakby mniej, gdy wjeżdżaliśmy do Międzyzdrojów. Morze zimą ma swój urok, którego nie sposób dostrzec latem. Gdy zameldowaliśmy się w hotelu, poszliśmy na spacer. Do plaży było jakieś 70 metrów, więc spokojnie udało nam się przejść, a następnie udaliśmy się wzdłuż niej w kierunku mola. Woda była spokojna. Jedynie od czasu do czasu na horyzoncie pojawił się jakiś bałwan, ale skoro nie ma śniegu i nie można ich zrobić, warto chociaż popatrzeć na te na morzu.



Miasto wyglądało na wymarłe. Nie było turystów z parawanami, a jarmarczne budki z pamiątkami stały zamknięte na cztery spusty jak kolorowe pudełka z prezentami. Nieomal mola znajdowała się duża bombka i jedynie ogromnej choinki brakowało do tego krajobrazu. Nic dziwnego, było już po świętach, więc zapewne ktoś pospieszył z nią do ogromnego magazynu, po drodze gubiąc niektóre ozdoby. Na drodze było ślisko, stopniały śnieg tworzył breję, która nieznacznie przylepiała się do butów. Większość barów z jedzeniem była zamknięta. Tylko w centrum otwarto kilka lokali, w których ceny były porównywalne.

To wszystko ma swój lekko nostalgiczny klimat, a widok morza zawsze działa na mnie uspokajająco. Nie umiem tego określić. 

Padał deszcz także w dniu, gdy wybraliśmy do Świnoujścia. Mimo to było super. Po znalezieniu miejsca parkingowego, pojechaliśmy promem, a następnie na krótki spacer. Tam i z powrotem. "Łódź" w kilka minut przeprawiła nas na drugi brzeg. Warto się wybrać, zwłaszcza, że cena takiej przeprawy wynosi zero złotych. Młodego szczególnie zainteresowały samochody, które razem z nami płynęły przez morze. Nie obyło się bez przygód, które zostawimy dla siebie. Beemka, jak na rasową kobietę przystało, miała swoje humory, ale "jak nie siłą, to młotkiem", więc wszystkie problemy zostały rozwiązane szybciej niż się zaczęły.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. W dniu powrotu było w miarę ciepło, ale po pożegnaniu z morzem, udaliśmy się w drogę do domu. Przy okazji zajechaliśmy do Wolsztyna, gdzie młodziak mógł obejrzyć sobie oelki i TK48, czyli lokomotywy parowe. Był zachwycony, choć z pewnym żalem przyjął do wiadomości, że nie wrócimy do domu pociągiem. 

Padał deszcz, gdy wjeżdżaliśmy na podwórze. Było znacznie cieplej niż powinno być w styczniu. 

Pozdrawiam
Kat

wtorek, 8 stycznia 2019

Sinusoida, albo po prostu życie

Cześć!

"Swoim życiem sądzi się życie innych, życie jest w nas samych. Nie ma innych wartości ocen. Najbardziej nieszczęśliwy okłamuje innych wizją szczęścia, by zdobyć się choć trochę na własne, dalsze życie. Mając jedne oczy nie można mieć wielu spojrzeń. Czy można więc w ogóle sądzić innych, siebie, życie?" 
Marek Hłasko


Życie mija szybko, łącząc radości z uczuciem przygnębienia oraz czarną rozpacz z uśmiechem przez łzy. Raz jesteś na wozie, raz pod nim. Jednym razem patrzą na ciebie z zazdrością, innym z politowaniem i, co najzabawniejsze, są to te same osoby. Czasem odnosisz sukcesy, czasem ponosisz klęskę, spotykasz rożnych typów - jedni z nich będą cię wielbić, inni sprawią, że poczujesz się jak wbity w glebę. O ironio, często są to ci sami ludzie i, jeszcze lepiej, zupełnie tacy sami jak ty. Tak samo znają smak łez i sukcesów. Wszyscy w głębi duszy jesteśmy egoistami, nawet jeśli mówimy, że nie, że "gdzie ja?", tak naprawdę chcemy mieć wszystko, co najlepsze, potrafimy ranić i jesteśmy czasem kompletnie bezuczuciowi.



Cudzy ból poczuć jest najtrudniej i zawsze wydaje się mniejszy od naszego, nawet jeśli ten nasz to tylko złamany paznokieć, a komuś innemu serce potłukło się na małe cząsteczki. Potem, gdy przeżywamy to samo, mamy tylko rozszerzone źrenice i dziwimy się, że tyle można znieść. 

To jest sinusoida, o czym musisz pamiętać, gdy jesteś na szczycie. Szczęście nie jest stanem wiecznym, można je porównać do mebli z Ikei. Ładnie wygląda na obrazku,więc chcesz je mieć, a potem musisz poświęcić mnóstwo czasu na jego zbudowanie. W końcu okazuje się nietrwałe, wystarczy jeden zły ruch i już wszystko się psuje.

Życie mija szybko, a to, jakie jest, uzależnione jest od tego, co akurat przeżywamy. Człowiek, który nie zna szczęścia, będzie mówił, że ono nie istnieje, a ci, którzy nigdy nie byli kochani, najgłośniej krzykną, że miłości nie ma, nawet jeśli będzie tuż obok nich.

Rzeczywistość jest inna niż myślisz,
lepsza niż sobie wyobrażasz,
ale znacznie gorsza niż powinna być.



Dziękuję, pozdrawiam
Kaś






środa, 2 stycznia 2019

Grudzień, jak z bicza strzasnął...

Dzień dobry w nowym roku!

Grudzień szedł jak po grudzie, przynajmniej, jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek, bo na "listę" wskoczyły tylko dwie. Inne sfery wyszły zdecydowanie lepiej, a na pewno przeminęły nie tylko z wiatrem, ale i z deszczem ze śniegiem.

Powtarzane hasło: "byle do świąt" jest już reliktem przyszłości. Grudzień zmienił się w styczeń, a stary rok w nowy szybciej niż ja zadbałam o zmianę opon. Z zimowych na letnie. Oznaczało to, że nie musiałam na jesieni zmieniać ich ponownie. "Od A do Zet, od Zet do A, lata lecą, a ja to wciąż ja" <3. Taka sama, a jednak inna.

To, co się rozpędziło pod koniec roku, to nie tylko czas sam w sobie, ale również Poznańska Lokomotywa. Zmiana trenera, którego - jak przypuszczałam, wybiorą - choć nie bez obaw, przyniosła pewnego rodzaju plusy. Gra, co prawda, jeszcze nie jest do końca idealna, ale coraz lepiej ogląda się spotkania. Zwłaszcza cieszą wyniki. Trzy ostatnie mecze z rzędu to zwycięstwa, zdarte gardło i kolejne punkty do kolekcji. Nawałka przypomniał sobie, że jednak je zbiera, ku uciesze kibicom. <3

Książki, które przeczytałam w minionym miesiącu, co by podsumowaniu stało się zadość, to "Zbrodnia w efekcie" Joanny Chmielewskiej i "Nowy wspaniały świat" Huxleya.


Pierwsza z nich to komedia, zabawna i kryminalna, pełna zwrotów akcji, charakterystycznego słownictwa i efektu zawiedzionego zaufania. Zdradzona, a nawet rozczarowana kobieta może być stworzeniem naprawdę niebezpiecznym. A gdy osób, które mogłyby swoje paluszki zamoczyć w zbrodni, jest więcej, to robi się całkiem niezła szopka.

"Nowy wspaniały świat" to z kolei ciekawa antyutopia. Czy we wspaniałym, uporządkowanym świecie jest miejsce na bycie sobą? Wolność, identyczność, stabilność - to przyświecało twórcom ustroju, w którym ludzie przestali być jednostkami, a stali się konsumentami. Nie ma tu miejsca na uczucia, bo, gdy jednostka czuje, społeczeństwo szwankuje. Jedynie na obrzeżach znajduje się rezerwat, w którym pozostali... ludzie. A ja, powtarzając za Dzikusem: "nie chcę wygody. Ja chcę boga, poezji, prawdziwego niebezpieczeństwa, wolności, cnoty. Chcę grzechu". (nawet jeśli miałoby to oznaczać prawo do bycia nieszczęśliwym). 

Przymykam na chwilę oczy i wydycham powietrze, tak jakbym wydychała dym papierosów, bo może i faktycznie właśnie tego się domagam. Prawa do bycia nieszczęśliwym, na przekór hasłom: "Jesteś zwycięzcą", "Może wszystko", "Kto ci do chuja ukradł marzenia" i wcale nie jestem nieszczęśliwa, nie mając Ferrari, ani nawet Forda Mustanga. Ich marzenia nie są moimi, nie mają nic wspólnego z tym, co uważam za ważne. Chcą być gwiazdami, a ja wolę patrzeć na te prawdziwe, wiszące gdzies na niebie. Tak jak kiedyś siedzieć na masce auta i po prostu się gapić w niebo, doszukując się w tym wszystkim nieskończoności. Ta dziewczynka w kraciastej koszuli, przetartych dżinsach i kieszeniach pełnych czereśni, które z powodzeniem udawały kolczyki. Przymrużone oczy, prawdziwy, szczery śmiech.

Wolność kocham; wygodne lubię buty, nie życie. Nie potrzebuję pięciu gwiazdek w hotelu, a w GTA taka ilość mnie przeraża i przyprawia o palpitacje serca (lub zrycia).

A, tak a propo's antyutopii jestem w trakcie czytania kolejnej. Tym razem na tapecie jest "Futu.re" o przyszłości świetnie wykreowanej. Bohaterowie są ciekawi, a z każdym kolejnym rozdzialem, Jan wydaje się być ciekawszy. Mimo że początkowo ciężko mi szło przebrnięcie przez początkowe strony, wkręciłam się i nie żałuję. Universum jest dobrze opisane i już sama nie mogę doczekać, gdy podzielę się z Wami wrażeniami z przeczytania książki. Dziękuję B. za pożyczenie tej książki. ;-)



Koniec wpisu i bomba, a kto czytał, ten trąba :)
Wasza Kaś

PS Życzę Wam wszystkiego dobrego w tym nowym roku. Przede wszystkim bycia sobą < 3
PS 2 Źródło grafik to wujek Google.


niedziela, 2 grudnia 2018

Podsumowanie listopada

Cześć,

listopady są takim miesiącem, który jednocześnie lubię i nie lubię. Da się tak, bo mam imieniny i jest dużo fajowych okazji do spotkań, a przy tym ciężko mi się zmotyzować. Deszczowo, szaro i ponuro jest, a tego już nie lubię.


No, ale mniejsza o to. W takie chłodne wieczory jakoś lepiej się czyta, bo i wtedy mniej gna w świat. Od łazęgowania bardziej kusi ciepły koc, herbata albo wino, książka. W głowie myśl: byle do jutra. W sercu jakaś dziwna melancholia, nawet, gdy wszystko jest na swoim miejscu. To tęsknota za latem. <3

W listopadzie przeczytałam więcej książek, niż w poprzednich. Na moją listę wskoczyło sześć pozycji.

Pierwszą z nich była książka, którą kupiłam w Tesco za psie pieniądze, bo tak ładnie leżała i kusiła. Gdyby mąż mnie nie odciągnął, to bym połowę pozycji wyjęła z koszyka, ale cóż, trudno, zgodził się na tę jedną. "Możliwość przemocy", bo o tej lekturze mowa, czytało mi się szybko i z nieukrywaną przyjemnością. Lubię książki, w których czytelnik wie więcej od bohaterów, a tak było w tym przypadku. Główny bohater pracuje w policji, boryka się jednak nie tylko ze śledztwem, ale i trudną relacją ze swoją partnerką. Dużo niedopowiedzeń budowało klimat. Mroczny, nieco brudny, ale  i przy tym wciągający. I like it <3

Możliwość przemocy - Dror Mishani

Później w ręce wpadła mi książka "Na skraju załamania". Dość przewidywalna, choć równie wciągająca. Dość szybko domyśliłam się, kto chce zrobić z bohaterki wariatkę. Wystarczy umiejętność czytania ze zrozumieniem i tego między wierszami. Jestem dość odporna na manipulację, no i wiem, kiedy to "świstak siedzi i zawija to w te sreberka". Przewracam oczami wtedy i właśnie tak samo robiłam wielokrotnie podczas czytania. Widziałam, kto bohaterkę robi w bambuko. Wiem, smutne jest to, co się okazało, ale niestety taka jest prawda.

Na skraju załamania - Paris B.A.
Wrogowie atakują otwarcie. Ci, których zwiesz przyjaciółmi, zostawiają noże w plecach i oczy otwarte ze zdziwienia. Na usta ciśnie się przekleństwo, ale jesteś w szoku i nie wiesz, co powiedzieć, bo walka nie była równa.

Tak właśnie było w tej historii.

Po stanie na skraju załamaniu przyszedł czas na "Terapię". xD Chodzi oczywiście o książkę Fitzka, która nieźle ryła banię. Córka psychiatry, cierpiąca na dziwną chorobę, znika. Gdy po latach spotyka pacjentkę, która twierdzi, że postaci z jej opowieści ożywają, zaczyna czuć się nieswojo i mieć nadzieję na rozwikłanie sprawy. Szczególnie, że jedna z bohaterek opowiadań kobiety bliźniaczo przypomina... jego małą Josephine. Historia mocna, wciągająca i nieco smutna. Tajemnicza, poruszająca ciekawy problem. Zagadka oraz dążenie do jej rozwiązania podobały mi się. Byłam zaskoczona, a to oznacza, że książkę pochłonęłam z nieukrywaną ciekawością.


Terapia - Sebastian Fitzek | okładka


Po zakończeniu lektury musiałam ochłonąć i poszukać jasnych stron. Pech chciał, że trafiłam nie na strony życia, ale na "Jasną stronę śmierci". Ginie piękna dziewczyna, co rozpoczyna serię niefortunnych zdarzeń oraz odkrywa wiele faktów. Sprawa ma wiele niejasności, które łączy postać kobieciarza Strelnikowa. Wśród podejrzanych początkowo jest właśnie ów mężczyzna - od niedawna mąż denatki - i jego była kochanka, przyjaciółka zamordowanej, która niedługo po tym popełnia samobójstwo.

Bardzo interesująca pozycja. Kim jest morderca i co z nim wspólnego ma młody mężczyzna, wyglądający na homoseksualistę? Warto wspólnie z detektyw Kamieńską wyruszyć tropem zagadki i dość mocno zadziwić się na końcu historii.

Okładka książki Jasna strona śmierci

Uff, śmierci w literaturze nigdy za mało, dlatego też postanowiłam odwiedzić "Dobre miasto". Tę książkę dostałam na imieniny. Jest w niej wszystko, co lubię. Klimat prowincji, tajemnica i dobry język, pasujący do bohaterów. Nie znoszę wprost, gdy penerki spod sklepu wypowiadają się elokwentnie jak hrabia z XIX wieku. Tutaj sposób wypowiadania był dopasowany do każdego z bohaterów. Menele wypowiadały się jak menele, a dziennikarka mieszkająca na co dzień w Warszawie jak na reporterkę przystało. Idealnie. Ciekawą postacią był chłopak z najgorszej dzielnicy, wychowany w mieszkaniu socjalnym. Uprawiał boks, pisał wiersze, miał pasje i był wrażliwy, a mimo to nie mógł do końca ułożyć sobie życia. Gdy wydawało mu się, że tak się stanie, padł cios, po którym mógł trafić do więzienia. Żaden z bohaterów nie był całkowicie czysty, a teraźniejszość mieszała się z wydarzeniami z przeszłości. Na ile determinuje nas środowisko, z którego pochodzimy i czy da się zapomnieć, wymazać swoje pochodzenie? Choćby dla odpowiedzi na to pytanie warto przeczytać tę powieść. Na pohybel tym, którzy mówią: możesz wszystko, wystarczy myśleć pozytywnie.

Dobre miasto

Ostatnia książka nie była kryminałem, choć i tu pojawiło się widmo śmierci. Trzy bohaterki powieści "Wszystko,  o czym marzysz" spotykają się na forum osób chorych na raka. Wzruszająca historia o przyjaźni, która rozpoczyna się w nietypowych warunkach. O tym, jak dotychczasowe problemy, przestają mieć znaczenie. Każda z nich jest inna; przed chorobą z pewnością nie zbliżyłyby się do siebie tak mocno.

Wszystko, o czym marzysz - Mike Greenberg | okładka

Listopad się skończył, liść opadł na ziemię
i teraz czas na grudzień oraz magię świąt, co to niedługo (wraz z ciężarówką z reklamy Coca Coli) do nas zawita.

Lech tymczasem w zeszłym tygodniu dał odrobinę nadziei i wygrał po słabej jakości spotkaniu, a dziś znów zagrał w swoim stylu, czyli dostał w d*pę. Ta moja pasja to już od jakiegoś czasu masochistyczna się zrobiła, ale przecież pamiętam, jak dokładnie 8 lat temu (1 grudnia 2010) grali jak równy z równym z Juventusem. Zimno, ba, piździało jak w kieleckim, boiska widać nie było, ale zawodnikom to nie przeszkadzało. Teraz brakuje motywacji, bo przecież ile można żyć wspomnieniami, i jestem ciekawa, czy Nawałka podoła całej sytuacji. 

Pozdro600, 
trzymajcie się cieplutko

_Wasza Kat.

czwartek, 15 listopada 2018

Mam przyciski do przemieszczania w czasie

Cześć, 

jesień staje się coraz bardziej jesienna, a wraz z nią jesienieję i ja. To znaczy chce mi się spać pół dnia; rano jestem niewyspana, więc piję kawę, w ciągu dnia przysypiam, więc piję kolejną kawę, po południu jeszcze jedną, by nie usnąć na stojąco, a potem nadchodzi wieczór i jestem pełna energii. Mogłabym góry przenosić, dostaję siły i mam mnóstwo pasji do działania. Klasyczna sowa, nocny marek. 

Zaraz, zaraz. Pisałam coś o przyciskach do przemieszczania w czasie. Tak, tak, odnalazłam doskonały sposób, by cofnąć się w przeszłość. Wystarczy włożyć słuchawki w uszy, wdusić klawisz play i hooop, udaje się przenieść za pomocą najlepszego wehikułu czasu. M u z y k i. 

Dokładnie tak jest, to jest najszczersza prawda, bo przecież i po co tutaj kłamać. Jeśli włączy się muzę, z którą ma się jakieś wspomnienia, to można się przenieść w konkretny czas, a nawet i miejsce. Klik. Klik. Osieczna, rozmowy, szukanie Dino i takie tam. Klik. Pokój, rozmowy i szukanie szczęścia. Klik. Klik.

Muzyka to moja terapia. Pomogła mi w trudnych chwilach, począwszy od małych kłopotów, a tych poważniejszych. Na każdy humor w zasadzie można znaleźć odpowiednią piosenkę. Może dlatego lubię utwory z bardzo różnych gatunków, choć duszę mam rockowo - rapową. Buntowniczka, która nie zgadza się na niesprawiedliwość i nie lubi obłudnych ludzi.



Klik. Klik. 

Tymczasem wraz L.U.C.em i gośćmi zastanawiam się, co z tą Polską. "Kocham ojczyznę, lecz nie system, wyciskający nam na moralności bliznę (...). Prawda gorzka, jak chwila słońca tu krótka. W Polsce sprzedaje się tylko godność i wódka". No, może jeszcze towary z MLM-ów i głupoty za sto złotych.


Kończy się utwór, jednak zamiast gwałcić biedną Replay, przechodzę dalej. Klik. Klik. O, "Na wszystko przyjdzie czas". Uśmiecham się, bo dawno tego nie słuchałam, a lubię. Po chwili w pokoju rozbrzmiewa się głos dAba i czuję, że mogę pozwolić sobie na chillout. 

"Wiele chwil wartych jest zapamiętania,
słuchać jak dziecko składa swe pierwsze zdania. 
Takie momenty, które są cennym paliwem,
elementy, które są pięknym spoiwem
mego życia. Jest tyle jeszcze drogi do przebycia.
(...)
Patrzymy wstecz nieraz. Z sentymentem,
nie w tym rzecz, jednak życie jest piękne"



O to to! Właśnie to jest sedno tego wszystkiego, choć może nie wydaje się to zbyt spektakularne. Szczęście może pojawić się wtedy, gdy przestaniemy chcieć zbawiać cały świat, bo traktowanie poważnie życia prowadzi zwykle do wypadków. Najważniejsze są te małe sprawy, na które składa się codzienność. Warto przestać gonić za fejmem, kłócić się o bzdury, szukać winy w innych, zdjąć wykrochmalony kołnierzyk sztucznych schematów i uśmiechnąć się do przypadkowego przechodnia.



Tak i ja... zostawiam Was teraz z  uśmiechem.
Bądźcie szczęśliwi. Carpe diem,
nawet ten jesienny.

Pozdrawiam
Wasza Kat

środa, 7 listopada 2018

O tym, co boli bardziej niż uderzenie łokciem w kant mebli

Cześć,

/smutna historia, trochę wulgarna. Raczej dla dorosłych czytelników/

słucham sobie nowości i wpadła mi w ucho "Droga" Pezeta. Najlepiej i najgorzej jednocześnie, bo mam wrażenie, jakbym słuchała o swoim życiu. To czasem boli. Te, wiecie, wspomnienia, które uderzają do głowy i chyba nacierają na gałki oczne, bo na policzkach pojawiają się łzy. Hasztag: to o mnie pasuje idealnie, bo i furą lubiłam jeździć nocą, i jarałam się Hłaską, i przeżyłam trochę rozczarowań, a także dużo zwariowanych akcji, których czasami mi brakuje. To se ne vrati. Czas przeciągnąć usta pomadką i być prawie tak poważną jak na dorosłego człowieka przystało. "Prawie" robi wielką różnicę, ale i tak tęsknię za spontanem, którego brakuje mi w czasach macierzyństwa (mimo że Maluszek jest najcudowniejszym szkrabem na świecie).


Nie tylko wspomnienia bolą, ale i sytuacja w Lechu, ukochanym klubie naszym sprawia, że nie wiadomo, czy śmiać się, płakać, czy kląć. Najlepiej jednocześnie. Gdy wczoraj wyświetliło mi się, że przed czterema laty pisałam, iż kolejne zmiany trenerów nic nie dają i trzeba by wypie***ć zarząd, pomyślałam ze smutkiem, że mija czas, nie zmienia się nic. Piłkarze nie mają motywacji, trenerzy nie dają sobie rady; z gówna bata nie ukręcisz - mówią, a jeśli do tego dochodzi brak doświadczenia to nie ma szans na zmianę na lepsze; a zarząd... tak, nie dostrzega problemu, nie poddaje się, bo wie, że hajs musi się zgadzać. 

Szkoda strzępić słów, choć chciałoby się krzyczeć. Niestety, gdyby w tym wrzasku pominąć wulgaryzmy, nie padłyby żadne słowa.

"Chcieliśmy w życie wejść jak BMW M3 (...)
wysoko prawie jak ptaki, a za wszystko, co w życiu dobre
trzeba zapłacić"*.



Pół biedy, jeśli walutą jest forsa. Najczęściej konsekwencje są znacznie bardziej poważne, o czym mówi się raczej rzadko i dopiero po fakcie, bo Polak mądry po szkodzie i to tylko potwierdza tezę o uczeniu się na błędach.

Boli, gdy jednak - mimo konsekwencji - widzi się ludzi wciąż i wciąż popełniających te same przewinienia. Oszustwa, zdrady, kombinowanie. Wszystko z niewinnym uśmiechem na ustach. Łatwo można się przyzwyczaić do złych rzeczy, powoli wyzbywając się wrażliwości, aż w końcu nie odczuwa się nawet wyrzutów sumienia.

Ech, listopadowe wieczory sprzyjają refleksjom. Niektóre z nich nie są wcale słodkie; są w końcu myśli, które walą prosto z mostu w twarz i siłę ich uderzenia można porównać do uderzenia łokciem w kant mebli.


W końcu
przyszła jesień,
dała z liścia.
Zostawiła łzy
deszczu
na policzkach.

Bolało,
ale to nie znaczy nic.

Gdy przyjdzie wiosna,
zakochamy świat
na nowo.

Zobaczysz.

Tym w miarę pozytywnym akcentem kończę i do usłyszenia, tej!
Wasza Kat

poniedziałek, 5 listopada 2018

Podsumowanie października

Mamy listopad. Z tego wynika,  że czas na podsumowanie października. Najpierw jednak się przywitam: cześć i czołem, kluski z rosołem, bo chłodno bywało i dobrze się rozgrzać.

W październiku zostałam kryminalistką, ale nie tak dosłownie, bo tylko "pożerałam" kryminały. Trzy części serii "Lipowo" Katarzyny Puzyńskiej pochłonęłam wieczorami. Tu pojawi się trochę krytyki, dlatego, co wrażliwszych czytelników, proszę o wyrozumiałość. Zaczniemy od plusów. Na pewno ciekawa była akcja. Zarówno w "Motylku", jak i w "W więcej czerwieni" postacie morderców została ukazane dość ciekawie. Muszę przyznać, że rozmyślania sprawców zbrodni były najciekawszym elementem książek, które w dużej mierze ciągnęły się jak flaki z olejem. Ma - sak - ra. Sam wątek kryminalny i psychologia mordercy wciągała, natomiast problemy obyczajowe zostały mocno rozwleczone. Zdrady, problemy uczuciowe ludzi dorosłych, ale na poziomie nastolatków kontra wyrafinowane nieletnie prostytutki, patola w rodzinach porządnych obywateli i do tego przemoc. Im bogatsza rodzina, tym bardziej popierniczona. Żeby nie było postępowanie bohaterów zostało umotywowane dość ciekawie pod względem psychologicznym, ale... ile można. Do tego pani Knopp z wkurzającą manierą, powtórzenia i kilka niuansów, które denerwują, ale nie na tyle..., by porzucić książkę i przestać dążyć do poznania rozwiązania zagadki.

Dobra, dwie pierwsze książki Puzyńskiej już omówiłam, teraz czas na kolejną: "Trzydziestą pierwszą", czyli trzecią z serii. Tu już wszystko było wyrychtowane. Bohaterowie nie drażnili,  a akcja ciągnęła się szybciej. Dzieci były dziećmi; wszak jest różnica między czternastoletnim synem policjantki z "Trzydziestej pierwszej", który grał w gry (co pozwoliło mu nauczyć się szwedzkiego) i interesował się rozwiązaniem sprawy, a piętnastoletnią córką Janusza Rosoła. Kwestia sekty i nawiązań do przeszłości również została ukazana w ciekawy sposób i, choć dość łatwo można było zbadać sprawę, napięcie było zbudowane idealnie. To, co również mi się podobało, to wyjaśnienie historii, która została zakreślona już wcześniej. Jeszcze tylko dopowiedzenie historii Dżo i będę zupełnie usatysfakcjonowana. <3

Myślę, że z pewnością sięgnę po kolejne części tej serii. Lubię klimat prowincjonalnych miejscowości i problemy ich mieszkańców.

Jeśli jesteśmy przy prowincji, polecam fe-no-me-nal-ną książkę: "Zrobiłbym coś złego" Chmielewskiego. Jestem nieco młodsza od bohaterów, co nie oznacza, że ich rozterki, zabawy, gry, czy tematy, którymi żyli, są mi obce. Kto nie łamał zakazów, niech pierwszy rzuci kamieniem. W końcu: IM GŁUPSZE POMYSŁY, TYM LEPSZA ZABAWA (ku utrapieniu dorosłych xD). Niemniej jednak wakacyjna nuda, znaleziony w szafce pistolet i długoletnia przyjaźń, która zostaje wystawiona na próbę, gdy do ekipy dołącza przebywająca na obozie w Beskidzie "powodzianka" z Wrocławia. Ola nie jest typową dziewczynką, może dlatego każdy z czwórki łobuzów chce się z nią przyjaźnić.

Młodość, głupie pomysły, bez telefonu w kieszeni, za to z kluczem na szyi. Bardzo prawdziwie to wszystko wyglądało, zwłaszcza, jeśli samemu liznęło się tych czasów. Niestety, albo i stety, chłopcy dość szybko przekonali się o brutalności życia, a "są granice, które przekroczywszy, wrócić już niepodobna". Dostojewski tak napisał, a mało kto jak on potrafił opisywać najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy.

"(...) przyjaźń, która w założeniu miała trwać całe lata – bleknie, znika i w końcu traci znaczenie. Znam to bardzo dobrze. To smutne jak młody człowiek przekonany jest o wieczności pewnych relacji, o niezmienności niektórych rzeczy i jak boleśnie przekonuje się, że to wszystko cholerna nieprawda. A jeszcze smutniejsze jest może to, że w końcu zaczyna mieć to gdzieś." M. Chmielewski


Czy tęsknię za czasami nastoletnimi i przyjaciółmi, z którymi trzymałam sztamę? Tak. Czy chciałabym cofnąć się o te dziesięć, piętnaście lat? Nie. No, chyba, że z dzisiejszym rozumem xD, bo przeżywanie po raz wtóry burzy hormonów, problemów, które wydawały się wierzchołkiem góry lodowej, a były zwyczajnymi pagórkami, to na szczęście historia.

Czas na nowe wyzwania
i przygody.



Pozdrawiam ciepło w ten poniedziałkowy wieczór
Asta la vista
Wasza Kat.