niedziela, 2 grudnia 2018

Podsumowanie listopada

Cześć,

listopady są takim miesiącem, który jednocześnie lubię i nie lubię. Da się tak, bo mam imieniny i jest dużo fajowych okazji do spotkań, a przy tym ciężko mi się zmotyzować. Deszczowo, szaro i ponuro jest, a tego już nie lubię.


No, ale mniejsza o to. W takie chłodne wieczory jakoś lepiej się czyta, bo i wtedy mniej gna w świat. Od łazęgowania bardziej kusi ciepły koc, herbata albo wino, książka. W głowie myśl: byle do jutra. W sercu jakaś dziwna melancholia, nawet, gdy wszystko jest na swoim miejscu. To tęsknota za latem. <3

W listopadzie przeczytałam więcej książek, niż w poprzednich. Na moją listę wskoczyło sześć pozycji.

Pierwszą z nich była książka, którą kupiłam w Tesco za psie pieniądze, bo tak ładnie leżała i kusiła. Gdyby mąż mnie nie odciągnął, to bym połowę pozycji wyjęła z koszyka, ale cóż, trudno, zgodził się na tę jedną. "Możliwość przemocy", bo o tej lekturze mowa, czytało mi się szybko i z nieukrywaną przyjemnością. Lubię książki, w których czytelnik wie więcej od bohaterów, a tak było w tym przypadku. Główny bohater pracuje w policji, boryka się jednak nie tylko ze śledztwem, ale i trudną relacją ze swoją partnerką. Dużo niedopowiedzeń budowało klimat. Mroczny, nieco brudny, ale  i przy tym wciągający. I like it <3

Możliwość przemocy - Dror Mishani

Później w ręce wpadła mi książka "Na skraju załamania". Dość przewidywalna, choć równie wciągająca. Dość szybko domyśliłam się, kto chce zrobić z bohaterki wariatkę. Wystarczy umiejętność czytania ze zrozumieniem i tego między wierszami. Jestem dość odporna na manipulację, no i wiem, kiedy to "świstak siedzi i zawija to w te sreberka". Przewracam oczami wtedy i właśnie tak samo robiłam wielokrotnie podczas czytania. Widziałam, kto bohaterkę robi w bambuko. Wiem, smutne jest to, co się okazało, ale niestety taka jest prawda.

Na skraju załamania - Paris B.A.
Wrogowie atakują otwarcie. Ci, których zwiesz przyjaciółmi, zostawiają noże w plecach i oczy otwarte ze zdziwienia. Na usta ciśnie się przekleństwo, ale jesteś w szoku i nie wiesz, co powiedzieć, bo walka nie była równa.

Tak właśnie było w tej historii.

Po stanie na skraju załamaniu przyszedł czas na "Terapię". xD Chodzi oczywiście o książkę Fitzka, która nieźle ryła banię. Córka psychiatry, cierpiąca na dziwną chorobę, znika. Gdy po latach spotyka pacjentkę, która twierdzi, że postaci z jej opowieści ożywają, zaczyna czuć się nieswojo i mieć nadzieję na rozwikłanie sprawy. Szczególnie, że jedna z bohaterek opowiadań kobiety bliźniaczo przypomina... jego małą Josephine. Historia mocna, wciągająca i nieco smutna. Tajemnicza, poruszająca ciekawy problem. Zagadka oraz dążenie do jej rozwiązania podobały mi się. Byłam zaskoczona, a to oznacza, że książkę pochłonęłam z nieukrywaną ciekawością.


Terapia - Sebastian Fitzek | okładka


Po zakończeniu lektury musiałam ochłonąć i poszukać jasnych stron. Pech chciał, że trafiłam nie na strony życia, ale na "Jasną stronę śmierci". Ginie piękna dziewczyna, co rozpoczyna serię niefortunnych zdarzeń oraz odkrywa wiele faktów. Sprawa ma wiele niejasności, które łączy postać kobieciarza Strelnikowa. Wśród podejrzanych początkowo jest właśnie ów mężczyzna - od niedawna mąż denatki - i jego była kochanka, przyjaciółka zamordowanej, która niedługo po tym popełnia samobójstwo.

Bardzo interesująca pozycja. Kim jest morderca i co z nim wspólnego ma młody mężczyzna, wyglądający na homoseksualistę? Warto wspólnie z detektyw Kamieńską wyruszyć tropem zagadki i dość mocno zadziwić się na końcu historii.

Okładka książki Jasna strona śmierci

Uff, śmierci w literaturze nigdy za mało, dlatego też postanowiłam odwiedzić "Dobre miasto". Tę książkę dostałam na imieniny. Jest w niej wszystko, co lubię. Klimat prowincji, tajemnica i dobry język, pasujący do bohaterów. Nie znoszę wprost, gdy penerki spod sklepu wypowiadają się elokwentnie jak hrabia z XIX wieku. Tutaj sposób wypowiadania był dopasowany do każdego z bohaterów. Menele wypowiadały się jak menele, a dziennikarka mieszkająca na co dzień w Warszawie jak na reporterkę przystało. Idealnie. Ciekawą postacią był chłopak z najgorszej dzielnicy, wychowany w mieszkaniu socjalnym. Uprawiał boks, pisał wiersze, miał pasje i był wrażliwy, a mimo to nie mógł do końca ułożyć sobie życia. Gdy wydawało mu się, że tak się stanie, padł cios, po którym mógł trafić do więzienia. Żaden z bohaterów nie był całkowicie czysty, a teraźniejszość mieszała się z wydarzeniami z przeszłości. Na ile determinuje nas środowisko, z którego pochodzimy i czy da się zapomnieć, wymazać swoje pochodzenie? Choćby dla odpowiedzi na to pytanie warto przeczytać tę powieść. Na pohybel tym, którzy mówią: możesz wszystko, wystarczy myśleć pozytywnie.

Dobre miasto

Ostatnia książka nie była kryminałem, choć i tu pojawiło się widmo śmierci. Trzy bohaterki powieści "Wszystko,  o czym marzysz" spotykają się na forum osób chorych na raka. Wzruszająca historia o przyjaźni, która rozpoczyna się w nietypowych warunkach. O tym, jak dotychczasowe problemy, przestają mieć znaczenie. Każda z nich jest inna; przed chorobą z pewnością nie zbliżyłyby się do siebie tak mocno.

Wszystko, o czym marzysz - Mike Greenberg | okładka

Listopad się skończył, liść opadł na ziemię
i teraz czas na grudzień oraz magię świąt, co to niedługo (wraz z ciężarówką z reklamy Coca Coli) do nas zawita.

Lech tymczasem w zeszłym tygodniu dał odrobinę nadziei i wygrał po słabej jakości spotkaniu, a dziś znów zagrał w swoim stylu, czyli dostał w d*pę. Ta moja pasja to już od jakiegoś czasu masochistyczna się zrobiła, ale przecież pamiętam, jak dokładnie 8 lat temu (1 grudnia 2010) grali jak równy z równym z Juventusem. Zimno, ba, piździało jak w kieleckim, boiska widać nie było, ale zawodnikom to nie przeszkadzało. Teraz brakuje motywacji, bo przecież ile można żyć wspomnieniami, i jestem ciekawa, czy Nawałka podoła całej sytuacji. 

Pozdro600, 
trzymajcie się cieplutko

_Wasza Kat.

czwartek, 15 listopada 2018

Mam przyciski do przemieszczania w czasie

Cześć, 

jesień staje się coraz bardziej jesienna, a wraz z nią jesienieję i ja. To znaczy chce mi się spać pół dnia; rano jestem niewyspana, więc piję kawę, w ciągu dnia przysypiam, więc piję kolejną kawę, po południu jeszcze jedną, by nie usnąć na stojąco, a potem nadchodzi wieczór i jestem pełna energii. Mogłabym góry przenosić, dostaję siły i mam mnóstwo pasji do działania. Klasyczna sowa, nocny marek. 

Zaraz, zaraz. Pisałam coś o przyciskach do przemieszczania w czasie. Tak, tak, odnalazłam doskonały sposób, by cofnąć się w przeszłość. Wystarczy włożyć słuchawki w uszy, wdusić klawisz play i hooop, udaje się przenieść za pomocą najlepszego wehikułu czasu. M u z y k i. 

Dokładnie tak jest, to jest najszczersza prawda, bo przecież i po co tutaj kłamać. Jeśli włączy się muzę, z którą ma się jakieś wspomnienia, to można się przenieść w konkretny czas, a nawet i miejsce. Klik. Klik. Osieczna, rozmowy, szukanie Dino i takie tam. Klik. Pokój, rozmowy i szukanie szczęścia. Klik. Klik.

Muzyka to moja terapia. Pomogła mi w trudnych chwilach, począwszy od małych kłopotów, a tych poważniejszych. Na każdy humor w zasadzie można znaleźć odpowiednią piosenkę. Może dlatego lubię utwory z bardzo różnych gatunków, choć duszę mam rockowo - rapową. Buntowniczka, która nie zgadza się na niesprawiedliwość i nie lubi obłudnych ludzi.



Klik. Klik. 

Tymczasem wraz L.U.C.em i gośćmi zastanawiam się, co z tą Polską. "Kocham ojczyznę, lecz nie system, wyciskający nam na moralności bliznę (...). Prawda gorzka, jak chwila słońca tu krótka. W Polsce sprzedaje się tylko godność i wódka". No, może jeszcze towary z MLM-ów i głupoty za sto złotych.


Kończy się utwór, jednak zamiast gwałcić biedną Replay, przechodzę dalej. Klik. Klik. O, "Na wszystko przyjdzie czas". Uśmiecham się, bo dawno tego nie słuchałam, a lubię. Po chwili w pokoju rozbrzmiewa się głos dAba i czuję, że mogę pozwolić sobie na chillout. 

"Wiele chwil wartych jest zapamiętania,
słuchać jak dziecko składa swe pierwsze zdania. 
Takie momenty, które są cennym paliwem,
elementy, które są pięknym spoiwem
mego życia. Jest tyle jeszcze drogi do przebycia.
(...)
Patrzymy wstecz nieraz. Z sentymentem,
nie w tym rzecz, jednak życie jest piękne"



O to to! Właśnie to jest sedno tego wszystkiego, choć może nie wydaje się to zbyt spektakularne. Szczęście może pojawić się wtedy, gdy przestaniemy chcieć zbawiać cały świat, bo traktowanie poważnie życia prowadzi zwykle do wypadków. Najważniejsze są te małe sprawy, na które składa się codzienność. Warto przestać gonić za fejmem, kłócić się o bzdury, szukać winy w innych, zdjąć wykrochmalony kołnierzyk sztucznych schematów i uśmiechnąć się do przypadkowego przechodnia.



Tak i ja... zostawiam Was teraz z  uśmiechem.
Bądźcie szczęśliwi. Carpe diem,
nawet ten jesienny.

Pozdrawiam
Wasza Kat

środa, 7 listopada 2018

O tym, co boli bardziej niż uderzenie łokciem w kant mebli

Cześć,

/smutna historia, trochę wulgarna. Raczej dla dorosłych czytelników/

słucham sobie nowości i wpadła mi w ucho "Droga" Pezeta. Najlepiej i najgorzej jednocześnie, bo mam wrażenie, jakbym słuchała o swoim życiu. To czasem boli. Te, wiecie, wspomnienia, które uderzają do głowy i chyba nacierają na gałki oczne, bo na policzkach pojawiają się łzy. Hasztag: to o mnie pasuje idealnie, bo i furą lubiłam jeździć nocą, i jarałam się Hłaską, i przeżyłam trochę rozczarowań, a także dużo zwariowanych akcji, których czasami mi brakuje. To se ne vrati. Czas przeciągnąć usta pomadką i być prawie tak poważną jak na dorosłego człowieka przystało. "Prawie" robi wielką różnicę, ale i tak tęsknię za spontanem, którego brakuje mi w czasach macierzyństwa (mimo że Maluszek jest najcudowniejszym szkrabem na świecie).


Nie tylko wspomnienia bolą, ale i sytuacja w Lechu, ukochanym klubie naszym sprawia, że nie wiadomo, czy śmiać się, płakać, czy kląć. Najlepiej jednocześnie. Gdy wczoraj wyświetliło mi się, że przed czterema laty pisałam, iż kolejne zmiany trenerów nic nie dają i trzeba by wypie***ć zarząd, pomyślałam ze smutkiem, że mija czas, nie zmienia się nic. Piłkarze nie mają motywacji, trenerzy nie dają sobie rady; z gówna bata nie ukręcisz - mówią, a jeśli do tego dochodzi brak doświadczenia to nie ma szans na zmianę na lepsze; a zarząd... tak, nie dostrzega problemu, nie poddaje się, bo wie, że hajs musi się zgadzać. 

Szkoda strzępić słów, choć chciałoby się krzyczeć. Niestety, gdyby w tym wrzasku pominąć wulgaryzmy, nie padłyby żadne słowa.

"Chcieliśmy w życie wejść jak BMW M3 (...)
wysoko prawie jak ptaki, a za wszystko, co w życiu dobre
trzeba zapłacić"*.



Pół biedy, jeśli walutą jest forsa. Najczęściej konsekwencje są znacznie bardziej poważne, o czym mówi się raczej rzadko i dopiero po fakcie, bo Polak mądry po szkodzie i to tylko potwierdza tezę o uczeniu się na błędach.

Boli, gdy jednak - mimo konsekwencji - widzi się ludzi wciąż i wciąż popełniających te same przewinienia. Oszustwa, zdrady, kombinowanie. Wszystko z niewinnym uśmiechem na ustach. Łatwo można się przyzwyczaić do złych rzeczy, powoli wyzbywając się wrażliwości, aż w końcu nie odczuwa się nawet wyrzutów sumienia.

Ech, listopadowe wieczory sprzyjają refleksjom. Niektóre z nich nie są wcale słodkie; są w końcu myśli, które walą prosto z mostu w twarz i siłę ich uderzenia można porównać do uderzenia łokciem w kant mebli.


W końcu
przyszła jesień,
dała z liścia.
Zostawiła łzy
deszczu
na policzkach.

Bolało,
ale to nie znaczy nic.

Gdy przyjdzie wiosna,
zakochamy świat
na nowo.

Zobaczysz.

Tym w miarę pozytywnym akcentem kończę i do usłyszenia, tej!
Wasza Kat

poniedziałek, 5 listopada 2018

Podsumowanie października

Mamy listopad. Z tego wynika,  że czas na podsumowanie października. Najpierw jednak się przywitam: cześć i czołem, kluski z rosołem, bo chłodno bywało i dobrze się rozgrzać.

W październiku zostałam kryminalistką, ale nie tak dosłownie, bo tylko "pożerałam" kryminały. Trzy części serii "Lipowo" Katarzyny Puzyńskiej pochłonęłam wieczorami. Tu pojawi się trochę krytyki, dlatego, co wrażliwszych czytelników, proszę o wyrozumiałość. Zaczniemy od plusów. Na pewno ciekawa była akcja. Zarówno w "Motylku", jak i w "W więcej czerwieni" postacie morderców została ukazane dość ciekawie. Muszę przyznać, że rozmyślania sprawców zbrodni były najciekawszym elementem książek, które w dużej mierze ciągnęły się jak flaki z olejem. Ma - sak - ra. Sam wątek kryminalny i psychologia mordercy wciągała, natomiast problemy obyczajowe zostały mocno rozwleczone. Zdrady, problemy uczuciowe ludzi dorosłych, ale na poziomie nastolatków kontra wyrafinowane nieletnie prostytutki, patola w rodzinach porządnych obywateli i do tego przemoc. Im bogatsza rodzina, tym bardziej popierniczona. Żeby nie było postępowanie bohaterów zostało umotywowane dość ciekawie pod względem psychologicznym, ale... ile można. Do tego pani Knopp z wkurzającą manierą, powtórzenia i kilka niuansów, które denerwują, ale nie na tyle..., by porzucić książkę i przestać dążyć do poznania rozwiązania zagadki.

Dobra, dwie pierwsze książki Puzyńskiej już omówiłam, teraz czas na kolejną: "Trzydziestą pierwszą", czyli trzecią z serii. Tu już wszystko było wyrychtowane. Bohaterowie nie drażnili,  a akcja ciągnęła się szybciej. Dzieci były dziećmi; wszak jest różnica między czternastoletnim synem policjantki z "Trzydziestej pierwszej", który grał w gry (co pozwoliło mu nauczyć się szwedzkiego) i interesował się rozwiązaniem sprawy, a piętnastoletnią córką Janusza Rosoła. Kwestia sekty i nawiązań do przeszłości również została ukazana w ciekawy sposób i, choć dość łatwo można było zbadać sprawę, napięcie było zbudowane idealnie. To, co również mi się podobało, to wyjaśnienie historii, która została zakreślona już wcześniej. Jeszcze tylko dopowiedzenie historii Dżo i będę zupełnie usatysfakcjonowana. <3

Myślę, że z pewnością sięgnę po kolejne części tej serii. Lubię klimat prowincjonalnych miejscowości i problemy ich mieszkańców.

Jeśli jesteśmy przy prowincji, polecam fe-no-me-nal-ną książkę: "Zrobiłbym coś złego" Chmielewskiego. Jestem nieco młodsza od bohaterów, co nie oznacza, że ich rozterki, zabawy, gry, czy tematy, którymi żyli, są mi obce. Kto nie łamał zakazów, niech pierwszy rzuci kamieniem. W końcu: IM GŁUPSZE POMYSŁY, TYM LEPSZA ZABAWA (ku utrapieniu dorosłych xD). Niemniej jednak wakacyjna nuda, znaleziony w szafce pistolet i długoletnia przyjaźń, która zostaje wystawiona na próbę, gdy do ekipy dołącza przebywająca na obozie w Beskidzie "powodzianka" z Wrocławia. Ola nie jest typową dziewczynką, może dlatego każdy z czwórki łobuzów chce się z nią przyjaźnić.

Młodość, głupie pomysły, bez telefonu w kieszeni, za to z kluczem na szyi. Bardzo prawdziwie to wszystko wyglądało, zwłaszcza, jeśli samemu liznęło się tych czasów. Niestety, albo i stety, chłopcy dość szybko przekonali się o brutalności życia, a "są granice, które przekroczywszy, wrócić już niepodobna". Dostojewski tak napisał, a mało kto jak on potrafił opisywać najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy.

"(...) przyjaźń, która w założeniu miała trwać całe lata – bleknie, znika i w końcu traci znaczenie. Znam to bardzo dobrze. To smutne jak młody człowiek przekonany jest o wieczności pewnych relacji, o niezmienności niektórych rzeczy i jak boleśnie przekonuje się, że to wszystko cholerna nieprawda. A jeszcze smutniejsze jest może to, że w końcu zaczyna mieć to gdzieś." M. Chmielewski


Czy tęsknię za czasami nastoletnimi i przyjaciółmi, z którymi trzymałam sztamę? Tak. Czy chciałabym cofnąć się o te dziesięć, piętnaście lat? Nie. No, chyba, że z dzisiejszym rozumem xD, bo przeżywanie po raz wtóry burzy hormonów, problemów, które wydawały się wierzchołkiem góry lodowej, a były zwyczajnymi pagórkami, to na szczęście historia.

Czas na nowe wyzwania
i przygody.



Pozdrawiam ciepło w ten poniedziałkowy wieczór
Asta la vista
Wasza Kat. 

niedziela, 28 października 2018

O atencji z atencją

Elo niedzielo, bardzo zła niedzielo, bo deszczowa, co oznacza, że życie jest okrutne. Serio. Jeśli człowiek ma tylko jeden dzień dla siebie w tygodniu, a w ten dzień pogoda jest beznadziejna, to znaczy, że karma wróciła i musiało się wcześniej narozrabiać. Czy tak było faktycznie, zostawię dla siebie. :)

Mam na dzisiaj językowe rozważania. Wszystko rozpoczęło się wypowiedzi jednej z dziewczyn, która pisała o sobie, że jest inna i że nie potrzebuje atencji. 

Podobny obraz

Wtedy pomyślałam: "No, pewnie, faktycznie musi być inna, skoro szacunku nie potrzebuje".

Angielskie slowo: "attention" oznacza "uwagę" i jest uznawane za tzw. false friend polskiej "atencji", która oznacza "szacunek". Długo nie funkcjonowało, dlatego też pewnie zostało zapomniane. Pewnie dlatego, tym łatwiej, do języka weszła ta nieprzemyślana kalka z angielskiego. Gdy jednak zaczęłam szukać informacji na ten temat, znalazłam coś zaskakującego. Dawno, dawno temu, na przełomie XIX i XX wieku w Słowniku języka polskiego Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwieckiego, wśród wyjaśnień hasła atencja znalazła się taka właśnie definicja: 'uwaga, uważanie, baczność, baczenie, natężenie uwagi, wytężenie słuchu' (t. I, s. 67). Jak ktoś nie wierzy, może sprawdzić. Fakt faktem, to wyrażenie również zostało dość mocno zaarchaizowane. Sama zdziwiłam się, odkopując to znaczenie. 

Jaki jest z tego wniosek? Warto szukać odpowiedzi na interesujące nas pytania, zaglądać do różnych źródeł i nie ufać pierwszym stronom wyszukiwarki Google. Atencja może oznaczać i uwagę, i szacunek. Czy zresztą nie słuchamy z większym zainteresowaniem osób, które darzymy szczególnymi względami?

Warto się nad tym zastanowić,
a tymczasem ja życzę miłej niedzieli.
Kat. 

wtorek, 23 października 2018

Będziesz kontent, gdy masz dobry kontent

"Gnojki na forum cię pojadą za wszystko,
choć często mają trudność, pisząc własne nazwisko"
Zeus

Cześć,

deszcz sobie pada, a ja Wam powiem, że niezbadane są wyroki zrycia, gdy wejdzie się na forum. Obojętnie jakie. Naprawdę dużo słyszy się o netykiecie, ale wiedza swoją drogą, a ludzie swoją. Nawet na takim nauczycielskim, na którym wydawać by się mogło, że inteligentni ludzie siedzą z ortografią, czy logicznym myśleniem bywa na bakier, nie mówiąc już o czytaniu ze zrozumieniem. Jeśli nauczycielka klas I-III pisze: "piUrnik" zamiast "piÓrnik", to czego oczekiwać po jej podopiecznych. Weź taką skrytykuj, zaraz będzie płacz, zgrzytanie zębów i oskarżenie o brak humoru.



Można by się odgryźć, że lepiej nie mieć humoru niż mózgu, ale wchodzenie w takie dyskusje często mija się z celem.

Dlaczego?

Bo często okazuje się, że po drugiej stronie ekranu siedzi nikt inny tylko troll pospolitus, człowiek, czerpiący satysfakcję z gównoburz i afer pod postami. Po drugiej strony barykady stoję ja, cichociemna, ale zawsze gotowa do akcji. Cyk, cyk. Mamy skrin. Cyk, cyk. Wysłany dalej i można się śmiać. Nie z osoby, a z tego, co albo raczej, w jaki sposób pisze. Tutaj pojawia się żartobliwa odpowiedź na to, na co komu ortografia. To proste. Znajomość zasad i ich używanie w praktyce sprawi, że nie trafisz na grupę Gramatycznych Nazistów. Nikt nie będzie z Ciebie cisnął beki, a Ty będziesz mógł spać spokojnie i cieszyć się każdym dniem jako szanowany obywatel internetów. Wnioskuj. 

Wracając do sytuacji na forach, to stanowią one źródła kontentu. Ich treść niekiedy powala z nóg, a innym razem daje do myślenia. Czasem bywa to też rakkontent, a ortografia w tym przypadku stanowi najmniejszy problem w porównaniu z tym, co ludzie wymyślają. xD Widzę ich tak:

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst


Skąd oni się biorą, nikt mi nie odpowie na to. W końcu, parafrazując Grupę Operacyjną, z nich jest jeden wielki zbiorowy demotywator. 

Najlepiej wziąć to wszystko na dystans.

Mimo to: "świat to piękne miejsce. Zapamiętaj tylko tyle, bo chociaż czasem ludzie działają jak debile, to przecież tylko chwilę mamy, żeby docenić, że w ogóle jesteśmy na tej bardzo dziwnej Ziemi" <3

Pozdrawiam,
Kat, co strzela słowami jak morderca.


Źródło grafiki: internet i fanpage: brak braku braku ironii

środa, 17 października 2018

Piękna wiosna tej jesieni

Minęła połowa października, a jeszcze nie było podsumowania września. Nie było też wielu innych rzeczy, czas na rozkminy Katarzyny, zwane też kasiowym blubraniem. Zapraszam, częstujcie się pyszną kawą lub herbatką i już, już... do czytania.

We wrześniu nie było już tak dużo czasu na czytanie, jak w wakacje, ale, ale coś tam się znalazło i w moje ręce trafiło "Jasne oblicze śmierci" - rosyjski kryminał z nutką obyczajówki. Całkiem ciekawe i zaskakujące. Dobre tropy i ciekawe postaci. Poza tym, wciągnęłam "Życie wśród dzikusów" Shirley Jackson. Nie jest to opowieść o życiu w dżungli. Nie jest to też historia o życiu w szkole, choć to już znacznie bliższy trop. Narratorka opowiada bowiem o życiu matki, zajmującej się gromadką niesfornych dzieciaków. Nie pierwsza lektura tej książki, ale zupełnie inaczej się ją przyswaja, gdy samemu jest się jest matką. Do tego: "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły", które jest ciekawym opracowaniem. Nie jestem jakąś hurraoptymistką, która zaraz rzuca się na wszystkie porady, ale warto się zapoznać.

I to by było tyle na wrzesień, jeśli chodzi o książki,
ale nie jeśli chodzi o filmy. Zapoznałam się z ciekawym obrazem, pt. "Musimy porozmawiać o Kevinie". No, musieli, ale do tej rozmowy nigdy nie doszło. Mamy ambitną matkę, która urodziła dziecko i nie potrafi, choć bardzo chce, go pokochać. Dziecko jej tego nie ułatwia. Nie ma fluidów. Zdarza się. Mały jest płaczliwy, a z czasem robi się złośliwy. Do czego doprowadzi brak nawiązania prawidłowej więzi w pierwszym roku życia dziecka? Matka wyglądała na pogrążoną w depresji popoporodowej, mały na high-need-baby. Obydwoje mieli silne osobowości, a coś takiego musiało skończyć się tragedią.

Kilka rzeczy, na które zwróciłam uwagę: matka zauważa problemy z zachowaniem chłopca, ale nikt nic z tym nie robi. Może, gdy zareagowano wcześniej, udałoby się rozpracować pewne zaburzenia w zachowaniu chłopca i je zniwelować. Czy Kevin był psychopatą? Myślę, że z pewnością miał coś z niego. Nie umiał przystosować się do społeczeństwa i zasad, rządzących się jego prawami. Był krnąbny i nie potrzebował wokół siebie ludzi. Umiał jednak trafnie ich ocenić. Wiedział, że nie był chciany, a to wyczuwa się od początku swojego istnienia. Kevin nie był spełnieniem dla matki, nie czuł się dla niej kimś istotnym (w przeciwieństwie do Celii, którą kobieta niemal od razu pokochała). Badania naukowców, przeprowadzone w norweskim więzieniu, wskazały na to, że niemal każdy psychopata miał zaburzone, toksyczne relacje z opiekunami.

Pisać, bym mogła jeszcze dużo... Przy okazji mam zamiar sięgnąć po książkę o tym samym tytule. Lubię tematy tabu, a śmierć i "złe" dzieci do nich należą. Obecnie.

Tymczasem jednak warto rozkoszować się chwilami złotej jesieni, która w Polsce potrafi być naprawdę piękna, a w tym roku to już wyjątkowa.


Na zdjęciu w przepięknym Witosławiu. Malownicza kuźnia to jeden z budynków gospodarczych pałacu. Wygląda naprawdę magicznie. Mogłabym tu zamieszkać. Albo przyjechać na wakacje. Takie miejsca to balsam dla duszy. Seriously!

Pozdrawiam cieplutko <3