niedziela, 28 października 2018

O atencji z atencją

Elo niedzielo, bardzo zła niedzielo, bo deszczowa, co oznacza, że życie jest okrutne. Serio. Jeśli człowiek ma tylko jeden dzień dla siebie w tygodniu, a w ten dzień pogoda jest beznadziejna, to znaczy, że karma wróciła i musiało się wcześniej narozrabiać. Czy tak było faktycznie, zostawię dla siebie. :)

Mam na dzisiaj językowe rozważania. Wszystko rozpoczęło się wypowiedzi jednej z dziewczyn, która pisała o sobie, że jest inna i że nie potrzebuje atencji. 

Podobny obraz

Wtedy pomyślałam: "No, pewnie, faktycznie musi być inna, skoro szacunku nie potrzebuje".

Angielskie slowo: "attention" oznacza "uwagę" i jest uznawane za tzw. false friend polskiej "atencji", która oznacza "szacunek". Długo nie funkcjonowało, dlatego też pewnie zostało zapomniane. Pewnie dlatego, tym łatwiej, do języka weszła ta nieprzemyślana kalka z angielskiego. Gdy jednak zaczęłam szukać informacji na ten temat, znalazłam coś zaskakującego. Dawno, dawno temu, na przełomie XIX i XX wieku w Słowniku języka polskiego Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego i Władysława Niedźwieckiego, wśród wyjaśnień hasła atencja znalazła się taka właśnie definicja: 'uwaga, uważanie, baczność, baczenie, natężenie uwagi, wytężenie słuchu' (t. I, s. 67). Jak ktoś nie wierzy, może sprawdzić. Fakt faktem, to wyrażenie również zostało dość mocno zaarchaizowane. Sama zdziwiłam się, odkopując to znaczenie. 

Jaki jest z tego wniosek? Warto szukać odpowiedzi na interesujące nas pytania, zaglądać do różnych źródeł i nie ufać pierwszym stronom wyszukiwarki Google. Atencja może oznaczać i uwagę, i szacunek. Czy zresztą nie słuchamy z większym zainteresowaniem osób, które darzymy szczególnymi względami?

Warto się nad tym zastanowić,
a tymczasem ja życzę miłej niedzieli.
Kat. 

wtorek, 23 października 2018

Będziesz kontent, gdy masz dobry kontent

"Gnojki na forum cię pojadą za wszystko,
choć często mają trudność, pisząc własne nazwisko"
Zeus

Cześć,

deszcz sobie pada, a ja Wam powiem, że niezbadane są wyroki zrycia, gdy wejdzie się na forum. Obojętnie jakie. Naprawdę dużo słyszy się o netykiecie, ale wiedza swoją drogą, a ludzie swoją. Nawet na takim nauczycielskim, na którym wydawać by się mogło, że inteligentni ludzie siedzą z ortografią, czy logicznym myśleniem bywa na bakier, nie mówiąc już o czytaniu ze zrozumieniem. Jeśli nauczycielka klas I-III pisze: "piUrnik" zamiast "piÓrnik", to czego oczekiwać po jej podopiecznych. Weź taką skrytykuj, zaraz będzie płacz, zgrzytanie zębów i oskarżenie o brak humoru.



Można by się odgryźć, że lepiej nie mieć humoru niż mózgu, ale wchodzenie w takie dyskusje często mija się z celem.

Dlaczego?

Bo często okazuje się, że po drugiej stronie ekranu siedzi nikt inny tylko troll pospolitus, człowiek, czerpiący satysfakcję z gównoburz i afer pod postami. Po drugiej strony barykady stoję ja, cichociemna, ale zawsze gotowa do akcji. Cyk, cyk. Mamy skrin. Cyk, cyk. Wysłany dalej i można się śmiać. Nie z osoby, a z tego, co albo raczej, w jaki sposób pisze. Tutaj pojawia się żartobliwa odpowiedź na to, na co komu ortografia. To proste. Znajomość zasad i ich używanie w praktyce sprawi, że nie trafisz na grupę Gramatycznych Nazistów. Nikt nie będzie z Ciebie cisnął beki, a Ty będziesz mógł spać spokojnie i cieszyć się każdym dniem jako szanowany obywatel internetów. Wnioskuj. 

Wracając do sytuacji na forach, to stanowią one źródła kontentu. Ich treść niekiedy powala z nóg, a innym razem daje do myślenia. Czasem bywa to też rakkontent, a ortografia w tym przypadku stanowi najmniejszy problem w porównaniu z tym, co ludzie wymyślają. xD Widzę ich tak:

Obraz może zawierać: 1 osoba, tekst


Skąd oni się biorą, nikt mi nie odpowie na to. W końcu, parafrazując Grupę Operacyjną, z nich jest jeden wielki zbiorowy demotywator. 

Najlepiej wziąć to wszystko na dystans.

Mimo to: "świat to piękne miejsce. Zapamiętaj tylko tyle, bo chociaż czasem ludzie działają jak debile, to przecież tylko chwilę mamy, żeby docenić, że w ogóle jesteśmy na tej bardzo dziwnej Ziemi" <3

Pozdrawiam,
Kat, co strzela słowami jak morderca.


Źródło grafiki: internet i fanpage: brak braku braku ironii

środa, 17 października 2018

Piękna wiosna tej jesieni

Minęła połowa października, a jeszcze nie było podsumowania września. Nie było też wielu innych rzeczy, czas na rozkminy Katarzyny, zwane też kasiowym blubraniem. Zapraszam, częstujcie się pyszną kawą lub herbatką i już, już... do czytania.

We wrześniu nie było już tak dużo czasu na czytanie, jak w wakacje, ale, ale coś tam się znalazło i w moje ręce trafiło "Jasne oblicze śmierci" - rosyjski kryminał z nutką obyczajówki. Całkiem ciekawe i zaskakujące. Dobre tropy i ciekawe postaci. Poza tym, wciągnęłam "Życie wśród dzikusów" Shirley Jackson. Nie jest to opowieść o życiu w dżungli. Nie jest to też historia o życiu w szkole, choć to już znacznie bliższy trop. Narratorka opowiada bowiem o życiu matki, zajmującej się gromadką niesfornych dzieciaków. Nie pierwsza lektura tej książki, ale zupełnie inaczej się ją przyswaja, gdy samemu jest się jest matką. Do tego: "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły", które jest ciekawym opracowaniem. Nie jestem jakąś hurraoptymistką, która zaraz rzuca się na wszystkie porady, ale warto się zapoznać.

I to by było tyle na wrzesień, jeśli chodzi o książki,
ale nie jeśli chodzi o filmy. Zapoznałam się z ciekawym obrazem, pt. "Musimy porozmawiać o Kevinie". No, musieli, ale do tej rozmowy nigdy nie doszło. Mamy ambitną matkę, która urodziła dziecko i nie potrafi, choć bardzo chce, go pokochać. Dziecko jej tego nie ułatwia. Nie ma fluidów. Zdarza się. Mały jest płaczliwy, a z czasem robi się złośliwy. Do czego doprowadzi brak nawiązania prawidłowej więzi w pierwszym roku życia dziecka? Matka wyglądała na pogrążoną w depresji popoporodowej, mały na high-need-baby. Obydwoje mieli silne osobowości, a coś takiego musiało skończyć się tragedią.

Kilka rzeczy, na które zwróciłam uwagę: matka zauważa problemy z zachowaniem chłopca, ale nikt nic z tym nie robi. Może, gdy zareagowano wcześniej, udałoby się rozpracować pewne zaburzenia w zachowaniu chłopca i je zniwelować. Czy Kevin był psychopatą? Myślę, że z pewnością miał coś z niego. Nie umiał przystosować się do społeczeństwa i zasad, rządzących się jego prawami. Był krnąbny i nie potrzebował wokół siebie ludzi. Umiał jednak trafnie ich ocenić. Wiedział, że nie był chciany, a to wyczuwa się od początku swojego istnienia. Kevin nie był spełnieniem dla matki, nie czuł się dla niej kimś istotnym (w przeciwieństwie do Celii, którą kobieta niemal od razu pokochała). Badania naukowców, przeprowadzone w norweskim więzieniu, wskazały na to, że niemal każdy psychopata miał zaburzone, toksyczne relacje z opiekunami.

Pisać, bym mogła jeszcze dużo... Przy okazji mam zamiar sięgnąć po książkę o tym samym tytule. Lubię tematy tabu, a śmierć i "złe" dzieci do nich należą. Obecnie.

Tymczasem jednak warto rozkoszować się chwilami złotej jesieni, która w Polsce potrafi być naprawdę piękna, a w tym roku to już wyjątkowa.


Na zdjęciu w przepięknym Witosławiu. Malownicza kuźnia to jeden z budynków gospodarczych pałacu. Wygląda naprawdę magicznie. Mogłabym tu zamieszkać. Albo przyjechać na wakacje. Takie miejsca to balsam dla duszy. Seriously!

Pozdrawiam cieplutko <3


sobota, 1 września 2018

Podsumowanie sierpnia



Wraz z końcem sierpnia i początkiem września zrobiło się nieco chłodniej, ale w upalne dni drugiego miesiąca wakacji nie chciało mi się robić zbyt wiele. Był jednak czas na lekturę, bo niby dlaczego nie. Tym razem poszłam w klimat społeczno-obyczajowy i udało mi się przeczytać dość sporo pozycji.
Znalezione obrazy dla zapytania grafika książki


Zacznijmy jednak od początku.

Na książki Casey Watson trafiłam przypadkiem, gdy szukałam interesujących e-booków. Udało mi się przeczytać pięć jej opowieści : "Chłopiec, którego nikt nie kochał',  "Mamusiu, tatusiu, czemu mnie nienawidzicie "Ostatni całus dla mamy", "Milczenia chłopców", "Mała opiekunka mamusi". Każda z nich była inna, ale wszystkie dotyczyły tego samego zagadnienia: opieki nad dziećmi w rodzinie zastępczej. Casey i jej partner prowadzą zawodową rodzinę zastępczą. Zmagają się z najtrudniejszymi przypadkami, ale historie - mimo wielu okropnych rzeczy - przynoszą nadziej i potwierdzają to, co czuję od dziecka - nie ma złych ludzi (dzieci), są tylko skrzydzeni.

Tak było i tutaj, a - choć niczego tak naprawdę nie da się zapomnieć - zawsze istnieje nadzieja, by móc zerwać z przeszłością. Złymi doświadczeniami. Traumami. Patologią. Można żyć normalnie i całkiem szczęśliwie, nawet, jeśli miało się trudny start.

Nie jest to łatwe, ale możliwe.

Kolejną książką, po którą sięgnęłam, jest "Milczące dziecko" Sarah A. Denzil. Tu mamy tragedię sprzed lat, która zaważyła na życiu Emmy. Młoda matka traci synka w powodzi. Gdy w końcu udaje jej się pogodzić z jego śmiercią i ułożyć życie na nowo, pojawia się informacja. Syn żyje. Jest przerażony i nie mówi, ale żyje. Kobieta rozpoczyna walkę o "powrót" chłopca do normalności i zaczyna dowiadywać się coraz więcej na temat swojego otoczenia. Nic nie jest takie, jak się wydaje, a nikomu nie można. Zwłaszcza tym, którzy są najbliżej. Smutna, ale i budująca opowieść o miłości matki. Takiej, która może góry przenosić.

Pochłonęłam również "Stację Cold Flat Junction" Marty Grimes, która opowiada historię morderstwa. Małe miasteczko - wielkie zbrodnie, czyli coś, co lubię. Przyjemna opowieść, która ciągnie się przez niemal czterysta stron, a rozważania głównej bohaterki są bliskie mi, gdy byłam nastolatką. Podsumowując: pozycja nie spodoba się każdemu, ale ma swój klimat.

Spotkałam również "Cudownego chłopaka", którego znałam z wersji kinowej. Ładna i wzruszająca bajeczka o inności, którą powinno przeczytać każde dziecko. Dla Auggiego życie nie jest usłane różami. Musi zmagać się z chorobą, ale nie to jest najtrudniejsze. Twarz chłopca jest zdeformowana, dlatego aż do czwartej klasy miał indywidualne nauczanie. Teraz przychodzi czas na piątą klasę i wielkie wejście do szkoły. Dla każdego dziecka akceptacja rówieśników jest ważna, a Augii - mimo początkowych trudności - zdobywa serca swoich kolegów i koleżanek. Piękna historia o tym, że "dobrze widzi się tylko sercem, a najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Wzrusz.

Powtórzyłam sobie również "Utwory wybrane" Marka Hłaski. Jego listy, felietony i wspomnienia. Milo było wrócić, bo styl bardzo mi smakuje.

Tym sposobem, sierpnień minął mi szybko. Może trochę zbyt szybko. Dziś, w deszczowe popołudnie zachęcam Was do zrobienia sobie ciepłej kawy lub herbaty i "randki" z dowolną książką. Trzeba w końcu wykorzystać ostatniego podrygi wakacji.

Pozdrawiam,
Kat.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

"To wszystko z nudów, wysoki Sądzie..."

"Jeszcze mają w ustach smak 
pierwszego papierosa,
jeszcze biegną, jakby biegli na wagary...
Ale to już nie jest tak,
widać to po oczach...

(...)

To wszystko z nudów,
wysoki Sądzie..."

Agnieszka Osiecka

Chodź na "Plac zabaw", mówili. Będzie fajnie, mogliby powiedzieć, choć film "Plac zabaw" móglby pretendedować do miana horroru, tym mocniejszego, bo opartego na faktach. Czasem nuda prowadzi do zbrodni.

Tak było w latach dziewięćdziesiątych, w angielskim mieście. Dwaj chłopcy nudzili się i zaczepili dwulatka, który siedział pod sklepem i czekał, aż matka zrobi zakupy. Poszli potem w trójkę, ale wkrótce najmłodszy towarzysz zaczął marudzić.

Ludzie ignorowali ich lub dawali wiarę wyjaśnieniom, że to jest ich młodszy brat. W końcu zabili. Nie z premedytacją; raczej tak, jakby bawili się szmacianą lalką.

Historia zainspirowała Bartka Kowalskiego, młodego reżysera, do stworzenia filmu na podstawie wydarzeń. Oczywiście nie dosłownie. Morderstwo zostało przeniesione jak pionki na szachownicy do czasów bliżej znanych współczesnemu widzowi. I tak mamy szóstoklasistów, kończących szkołę podstawową (teraz już relikt przeszłości, nawiasem mówiąc).

Trójka głównych bohaterów: dziewczyna i dwóch chłopaków idealnie wpasowuje się w wakacyjny klimat historii o przyjaźni i pierwszych uczuciach. Nie tym razem, nie... ekipa, której członkowie mogliby pasować do opisu bohaterów "Harrego Pottera" zupełnie wymykają się temu schematowi.

Na szczęście, mamy historię prawdziwszą. Obdartą ze złudzeń.

Ona. Gabrysia. Lat prawie trzynaście. Budząca się kobiecość, pierwsze malowanie ust, ogień trawiący duszę. Grzeczna dziewczynka, zupełnie niedoświadczona w relacjach z płcią przeciwną. Pasek na świadectwie, nagrody za udziały w konkursach i... prezerwatywa, którą dostała od koleżanki przed "randką" z kolegą z klasy.

Oni.

Szymek. Lat trzynaście, ciemne włosy i oczy. Bystry chłopczyk, opiekujący się niepełnosprawnym ojcem. Kochane dziecko troszczy się o swojego staruszka, ale i w tym tkwi pewna rysa. Agresja tłumiona w spojrzeniu. Fajki palone na pół z kolegą. Pełnienie funkcji szkolnego fotografa. Obiekt westchnień Garysi, która dla niego jest "tylko" Grubcią i nawet nie pamięta zbytnio jej imienia.

Czarek. Matka i dwójka rodzeństwa. Mały braciszek, który wiecznie płacze. Starszy brat, dresiarz, elo. Nerwowo gniecie kulę właściwie przez cały początek filmu. Znudzone spojrzenie. Niechęć do matki i młodszego brata. Brak wsparcia. Brak zrozumienia. 



Czy film był ciekawy? Trudno stwierdzić, bo przez większość czasu ciągnął się jak popołudnie wakacyjne dwóch chłopców. Nuda.



Spotkanie trójki bohaterów w ruinach było porażką. Gabrysia w nieudolny sposób próbowała poderwać kolegę. Te same słowa, które wtłoczyła jej w usta bardziej doświadczona kumpela, okazały się przyczyną klęski 

Chłopcy postanowili wykpić to, że przyniosła prezerwatywy, powyzywać ją od lambadziar i nagrać wszystko na komórkę. To był jednak dopiero przedsmak tego, co tego miało się wydarzyć tego dnia.

Co sprawia, że dziecko staje się mordercą?

Kilka lat temu w wiosce nieopodal szesnastoletni chłopak zabił dwa lata młodszą koleżankę, która się wokół niego kręciła. "Był taki spokojny" - mówili potem, a niektórzy dodawali, że "był dziwny". Zbrodnie wyrządzone przez dzieci szokują, ale mogą si wydarzyć także na sąsiednim podwórku.

Nuda. Nieumiejętność rozładowania agresji. Brak konstruktywnych sposobów radzenia sobie ze złością. Multum emocji i hormony, charakterystyczne dla wieku nastoletniego. Nie bez powodu nie mówi się o małolatnich psychopatach, a jedynie o zaburzeniach. Wszystkie dzieci mają przecież szansę na nauczenie się empatii i bycie dobrym człowiekiem.

Gdy zawiedzie dom i środowisko szkolne, zaczynają się tragedie. Gdyby matka pilnowała filmowego dwulatka, bawiącego się w Galerii, chłopcy nie zdołaliby go wyprowadzić. Gdyby rodzice wpoili chłopcom odpowiednie zasady, nie byłoby ani upokorzenia koleżanki, ani morderstwa. Ba, uważam, że gdyby wszyscy rodzice kochali swoje dzieci mądrą miłości, świat wyglądałby o wiele lepiej i bezpieczniej. 

Zarówno rodzice, jak i opiekunowie/nauczyciele/pedagodzy powinni interesować się nie tylko tym, czy dziecko ma dobre stopnie, ale przede wszystkim, co je cieszy, a co denerwuje, co jest siarą, a co fajnie byłoby wspólnie porobić.

Czasy się zmieniają, to, co dla mnie jest "cool", dla tych dziesięć lat młodszych staje się "sztosem". Przepaść pokoleniowa rośnie coraz bardziej, więc nic dziwnego, że starsze pokolenie nie do końca łapie, co siedzi w głowie nastolatków. Warto jednak zauważyć, że w sercu jest zupełnie to samo, co zawsze.


Pragnienie bezpieczeństwa.
Pragnienie akceptacji i uznania.
Posiadanie dobrych przyjaciół.
Ale przede wszystkim rozmowa, w trakcie której można wyczuć, że coś jest nie tak.

Tak jak matka czternastolatka z Gdańska, który padł ofiarą molestowania seksualnego. Dzięki dobrej relacji z synem udało się złapać przestępcę i - pewnie - uratować inne dzieci.

Dobrze mieć tę świadomość, decydując się na urodzenie i wychowanie dziecka, albo kierując swoje kroki do pracy w placówce oświatowej.

Praca z "żywym materiałem" jest dużo trudniejsza niż skręcanie długopisów i daje o wiele więcej satysfakcji. 

Pozdrawiam w późny poniedziałkowy wieczór.

środa, 1 sierpnia 2018

Lipcowe czytadełka, czyli podsumowanie miesiąca

Wakacje, moi drodzy, to czas na lekkie i niezobowiązujące ksiązki. Takie, po których odłożeniu nie czujemy się wbici w fotel, za to czujemy satysfakcję. Książki smaczne jak pizza lub lody. O, albo hot-dog ze stacji. Nie te wymagające, zmuszające do myślenia, ale czytadełka. Ot, do zrelaksowania się podczas łapania słońca na leżaku.

W tym celu najczęściej sięgam po kryminały. Okrywanie, kto jest sprawcą zbrodni, stanowi dla mnie fascynującą rozrywkę. Tym lepszą, bo faktycznie nie uczestniczę w wydarzeniach. Nikt nie stoi przy mnie z pistoletem, choć nieraz tak się czuję, gdy wejdę w świat bohaterów.

Czy jesteście gotowi, by poznać moje lipcowe topy?

Zapraszam.

Podczas wypadu nad morze kupiłam "Przesyłkę" Sebastiana Fitzka. Zaczęło się od mocnego wstępu. Uczucia i emocje sześciolatki, która widziała w szafie ducha, zaciekawił mnie. Od początku czułam, że tajemnicza postać nie będzie tylko wytworem wyobraźni, ale - bez uprzedzania faktów - Emma tego nie wiedziała. Poddana leczeniu, wkrótce pozbyła się potwora, który później stał się jej przyjacielem. Doświadczenia z pewnością wpłynęły na przyszłość kobiety. Została psychiatrą. Dość odważną i niekonwecjonalną. Niestety, jedna noc zmieniła jej życie w piekło.

Historia Emmy pokazuje, jak łatwo doprowadzić kogoś do szaleństwa. Gwałt w hotelowym pokoju przez mężczyznę, który jedynie zabijał, nie gwałcił kobiety. Pokój, którego nie miało prawa być. To wszystko sprawiało, że historia opowiedziana przez nią, wydawała się niezbyt wiarygodna. Ofiara jednak jest prawdziwa. Pamiętna noc powoduje, że Emma traci dziecko.

Załamana i przerażona kobieta nie wychodzi z domu. Czuje się przytłoczona całą sytuacją i nie potrafi sobie z nią poradzić. Przeżyła traumę, a - właściwie - jest z nią sama. Nawet mąż, policjant, nie potrafi zbytnio uwierzyć w jej przeżycia. Emmie towarzyszy brak zrozumienia i... strach. Paraliżujący jej działania.

Emocje pogłębia otrzymanie tajemniczej przesyłki. Zaadresowanej do sąsiada, którego nazwiska nigdy nie widziała na oczy.

Mocna historia, która wciąga od pierwszych stron. Z każdą kolejną rośnie ciekawość, by przekonać się, co właściwie się wydarzyło.

Tak, ciekawość to dobre słowo, oddające moje uczucia w trakcie czytania tej książki. To, co mi się najbardziej podobało to to, że żaden z bohaterów nie okazał się kryształowy. Opowieść uczy, by nie ufać pozorom i widzieć rzeczy takie, jakimi są. Oraz... jakie to trudne, gdy ktoś usilnie próbuje doprowadzić bohaterkę do szaleństwa i zaburzyć jej zdolności poznawcze.

Czy to adresat przesyłki? Tego nie zdradzę. Zamiast tego zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę. Nie pożałujecie.


Kolejną pozycją, którą z chęcią przeczytałam w ostatnim miesiącu, była "Dziewczyna we mgle" Donato Carrisiego. Równie przyjemna lektura. Smaczna i z zaskakującym zakończeniem, co szczególnie cenię w kryminałach. Zaginęła szesnastoletnia dziewczyna. Grzeczna i pobożna osóbka, nie sprawiająca do tej pory większych problemów. Wzorowa uczennica. Nie dziwi więc, że jej zniknięcie budzi ogromny popłoch w okolicy.

Sprawę prowadzi charyzmatyczny Vogel, którego ekcentryczne zachowanie budzi zainteresowanie mieszkańców małego miasteczka. Śledztwo jest dla niego tym bardziej istotne, o ile w trakcie prowadzenia poprzedniego poniósł porażkę. Towarzyszy mu młody policjant, który boryka się również z problemami natury osobistej. 

Do tego wszystkiego dochodzą media, których pogoń za sensacją zostaje ostatecznie wykpiona. Sprawa - początkowo - toczy się prosto, dowody wydają się jednoznacznie wskazywać na mordercę, ale tajemnicza wiadomość od byłej dziennikarki, poruszającej się na wózku inwalidzkim, nieco komplikuje sprawę i wskazuje na nowy trop. I zbrodnie sprzed lat, o których wszyscy zapomnieli.

Czy ofiary miały ze sobą coś wspólnego? Warto przeczytać, by się dowiedzieć, w jaki sposób autor zakończył książkę. Mimo kilku słabszych momentów, końcówka była bardzo dobra. 



Inną książką z wątkiem kryminalnym, idealnym na lato, jest "Cyngiel" Artura Górskiego. Mega wciągająca książka o gangusie, którego czeka awans z działu dragów do sekcji zabójstw na zlecenie. Nowe zadania są stresujące, ale mafia to nie harcerstwo ani kółko różańcowe. Albo zabijasz, albo sam zostajesz celem. 

Narrator w sposób zabawny opisuje swoje rozterki. Niejeden raz wybuchałam śmiechem podczas tej lekturki. Najbardziej interesujące było jednak to, czy w końcu uda my się zostać prawdziwym cynglem. 

Na uwagę zasługuje też dobrze skrojona postać kobieca. Polubiłam Jowitę, podobnie jak poczułam sympatię do głównego bohatera. Dziewczyna sympatyczna. Ot, idealna partnerka do wypadu na piwo i pogaduchy. Niby szczególnie nie wyróżniała się w tłumie, ale i tak wbudzała zainteresowanie.

Opowieść nauczyła mnie, że "jeśli cyngiel opowiada, kogo sprzątnie, do zadania wyznaczony jest ktoś inny" oraz tego, że zabijanie może być pracą, stresującą, taką, w którą łatwo o pomyłkę, ale jednak pracą i prawdziwy zawodowy zabójca nie może mieć osobistego stosunku do ofiary. O ile oczywiście nie chce, by mu ręka zadrżała.




Oczywiście nie samymi kryminałami człowiek żyje. Chwyciłam też po literaturę science-fiction. "451 stopni Fahrenheita" Raya Brandburego. Bohaterem postliterackiej rzeczywistości jest strażak Guy, który symiennie wypełnia swoje obowiązki: palenie książek. Ma poukładane życie, uroczą kobietę i żyje sobie całkiem zwyczajnie w świecie, który nie zachwyciłby kogoś, kto potrafi samodzielnie myśleć. 

Ktoś jednak zadbał o to, by to myślenie zredukować do minimum. Nie tylko edukacja temu sprzyja, ale również programy telewizyjne, które są emitowane. Zero myślenia, maksimum rozrywki. Przepis na szczęśliwy świat, w którym wszystko zaczęło się od tego, że "czas nauki skrócono, programy zredukowano, zarzucono filozofię, historię i języki, angielski i ortografię stopniowo lekceważono, aż wreszcie prawie kompletnie zignorowano. Wzrasta tempo życia, liczy się posada, po pracy rozrywka. Po co uczyć się czegokolwiek poza naciskaniem guzików, przekręcaniem kontaktów, dociskaniem śrubek i nakrętek?"

Ludzie sami dość szybko porzucili książki na rzecz mniej wymagającej rozrywki. To, że je palono jest mniej smutne od tego, że właściwie mało kto miał odwagę (i ochotę!) się temu przeciwstawić. 

Gut jednak, na wskutek pewnych okoliczności, zaczyna się buntować. Przypadkowo spotkana dziewczyna, która nie straciła jasności spojrzenie i nie boi się zadawać trudnych pytań. Mężczyzna zaczyna więcej widzieć. Więcej rozumieć, do czego doprowadzi zwiększenie świadomości w świecie, który najbardziej ceni proste i nieskomplikowane rzeczy.

Przerażająca historia, ale czy faktycznie jest daleka od prawdy. Może w naszej rzeczywistości dzieła literackie nie są palone, ale widać stopniowe obniżanie poziomu programów telewizyjnych, gazet..., a nawet książek. 



Kiedy zapamiętałam, w jakiej temperaturze pali się papier, sięgnęłam po książkę Żulczyka "Zrób mi jakąś krzywdę". Wstyd, albo i nie, się przyznać, że - choć wcześniej o niej słyszałam, dopiero teraz po nią sięgnęłam. Książka chaotyczna. Strumień świadomości narratora prowadził nas przez romantyczną historię.

To, co zasługuje na uwagę, to dobrze skrojeni bohaterowie. Zarówno Dawid, jak i Kaśka, i pozostali ludzie wydają się wiarygodni. Język podobał mi się mniej, choć było trochę perełek. Cytatów, które wchodzą w pamięć i zostają w niej na dłużej.

Powieść uderza w najczulsze punkty, bo przecież kto nie marzy o tym, by udać się w szaloną podróż? Poznawać ludzi i żyć jak w grze komputerowej, bez PIT-u, kredytów i fury w leasingu, czyli tego, co czeka po przekroczeniu pewnej granicy dorosłości.

Tej, do której podświadomie dążymy, ale tak naprawdę wcale jej nie chcemy.

Pewnie dlatego polubiłam bohatera i odczuwałam nieokreślony skurcz podczas czytania o tym punkcie granicznym, który przekroczyłam. Bezpowrotnie. Na szczęście marzeń nie zamierzam się pozbyć.


Książka była dobrym debiutem. Dalej było już tylko lepiej. 

Pozdrawiam,
Kat. 

piątek, 27 lipca 2018

Łobuz(a) kocham najbardziej!

Łobuz, którego kocham najbardziej, ma 90 centymetrów wzrostu, waży 13 kilo i ma duże śmiejące się oczy w kolorze ciemnej czekolady. Jest słodki i lubi się popisywać. Młody, bo to o tym mowa, jest towarzyskim dzieckiem, żywiołowym chłopczykiem, który z własciwą sobie swobodą, każdemu mówi: 'cześć' i nie boi się, jak to zostanie odebrane.

Jest odważny i bystry. I, jak na łobuza, jest grzecznym dzieckiem. Oczywiście, o ile mówimy o spokojne zachowanie się w sklepie, czy w pociągu. Młody rozjbruje w markecie, ale zamiast płakać, czaruje ekspedientki.

Ma się ten urok osobisty w końcu, co nie!? :)

Typ słodkiego łobuza ma to do siebie, że lubi się bawić. Swobodnie, naśladując przy tym dorosłym. Lubi "czytać' książeczki po swojemu, lubi pomagać tacie przy remoncie, lubi podlewać kwiaty i pryskać mamę, czy babcię. Równie fajne jest wchodzenie na huśtawkę i szalone akrobacje. Dosłownie, bo grzeczne siedzenie na krzesełku jest na tyle nudne, że trzeba wejść na barierkę i śmiać się przy tym szatańskim rechotem.

Ulubiona zabawa to przecież: "nie wolno".

Co ciekawe, ta swobodna pozwala na rozwój wielu umiejętności, czy zdobywanie doświadczenia. Także tego negatywnego. Dziecko zdobywa wiedzę na temat otoczenie i uczy się podejmować decyzje, a także przewidywać ich skutki. Podczas zabawy rozwija się wyobraźnia przestrzenna, chociażby te szalone wariacje na huśtawce pozwalają na ocenę odległością.

Młody człowiek dzięki temu zaczyna lepiej radzić sobie w różnych sytuacjach, a także uczy się rozładowywać emocje.

A wyprawy na plac zabaw? To dopiero świetna sprawa. Uczą przebywania w grupie. W dodatku w zróżnicowanej grupie. Uczestnicy zabawy muszą spróbować się dogadać, na co warto pozwolić, by zobaczyć, jak nasze pociechy radzą sobie w kryzysowych sytuacjach. Zauważyłam, że moje dziecko nie ma problemu z zabraniem i oddaniem cudzej zabawki. Co ciekawe, gdy chce komuś coś wziąć, często bierze coś swojego i próbuje się wymienić.

Całkiem sprytnie.

Myślę, że ingerencja w konflikty dzieci potrzebna jest tylko w wyjątkowo groźnych sytuacjach. Z (cudzego!) doświadczenia wiem, że o ile kłótnia między dziećmi zazwyczaj trwa krótko, ich rodzice mogą wejść na wojenną ścieżkę na znacznie dłuższy okres.

Żeby nie było, to, co tutaj piszę, ma swoje źródła w literaturze. Elizabeth Hurlock napisała opracowanie "Rozwój dziecka", w którym jest dużo ciekawych rzeczy na w/w. temat. Również na psychologii dowiedziałam się o zaletach swobodnej zabawy.

I żeby nie być gołosłowną, zamierzam pozwolić mojemu małemu łobuzowi na swobodną zabawę (oraz sama do niego dołączyć niejednokrotnie).